Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


"Raj" i "stopy".

czwartek, 29 lipca 2010 13:04

Jak każdy facet, patrząc na atrakcyjną kobietę oceniam ją w kilku wymiarach, w zależności z której "strony" patrzę. Załóżmy, że swoje obserwacje zaczynam od fundamentów, czyli od stóp. Kobieta, by przykuć do siebie uwagę, łączy w sobie antyczne wyobrażenie piękna z jak najbardziej współczesną teraźniejszością. Z antykiem związany jest kształt przypominający starogrecką amforę. Od dołu, czyli od stóp rozszerza się ku górze aż do linii bioder, gdzie łagodnym łukiem ponownie zwęża się tworząc wcięcie w talii, skąd jeszcze raz rozszerza się do ramion. Całość zwieńczona jest głową okrytą burzą włosów. Jest oczywistą oczywistością, że nie bez znaczenia są wszelkie inne krągłości w formie wklęśnięć i wypukłości.


Na codzień wszystkie te skarby trzeba przyoblec w odpowiednie opakowanie, zwane przyodziewkiem. A jak wiadomo, kobiety uwielbiają się stroić, by dodać sobie jeszcze więcej uroku i atrakcyjności. Dlatego strój powinien podkreślać walory i tuszować niedociągnięcia natury, jeśli takowe istnieją. Świat damskiej szafy charakteryzuje się niebywałym bogactwem asortymentu. Wydaje mi się, że w przyrodzie jedynie świat owadów z milionami gatunków może z nim konkurować, choć nie mam pewności, że jest liczniejszy. Męska wyobraźnia nie jest w stanie ogarnąć tego fenomenu. "Skradziony" nam  przez kobiety w połowie ubiegłego wieku, dotychczasowy znak rozpoznawczy naszej płci, w ciągu kilkudziesięciu lat rozmnożył sie do setek, jeśli nie tysięcy podgatunków w wersji żeńskiej. Jeśli ktoś nie wie, o co mi chodzi, to powiem tylko, że już dawno straciło sens pytanie: "Kto w tym domu nosi spodnie?" Jednym słowem, różnego rodzaju sukienek, spódnic, żakietów, bluzek, nakryć głowy  i innych gadżetów, nie wyłączając bielizny jest taka mnogość podgatunków, że trudno się dziwić, że samiec z gatunku  homo sapiens nie nadąża za damską modą. I to wszystko ma swoją nazwę!!!


Nie wiem, do jakiej kategorii zaliczyć tą część garderoby naszych wybranek, ale ja skłaniam się, by umieścić ją w dziale: bielizna. (Proszę o sprostowanie, jeśli się mylę.) Mam tu na myśli rajstopy, które stają się niezbędne w czasie chłodów. Ale chyba ważniejsze są ich funkcje estetyczne. Mają wyeksponować nogi, podkreślić ich klasyczną linię, zwłaszcza kiedy kobieta ubrana jest w spódnicę lub suknię. Zastanawia mnie kto wymyślił polską nazwę: producent, czy handlowiec. Ktokolwiek to był, musiał mieć ogromne poczucie humoru o lekko seksistowskim zabarwieniu. (Nad tym "problemem" powinny pochylić się wojujące feministki z panią Szczuką na czele.) Proszę zwrócić uwagę, że owa nazwa  składa się z dwóch słów: "raj" i "stopy". Z jednej strony jest ściśle określona część ciała, czyli stopy, więc logiczne wydaje się, że  przeciwnym "biegunem" stóp jest "raj".


Reasumując, ta część stroju okrywa, a raczej opina ciało kobiety od "raju" do stóp.



Podziel się:

komentarze (56) | dodaj komentarz

Polska jak Nigeria.

czwartek, 22 lipca 2010 12:50

"Taka Nigeria, najbardziej krwawy reżim Afryki, teraz jest spokojna i dobrze funkcjonuje. Oczywiście jest tam korupcja itd., ale to jest wszędzie, to wynika z natury tych systemów politycznych, gdzie polityka jest traktowana jako źródło dochodów - ktoś zakłada fabrykę i zostaje członkiem parlamentu, ma masową klientelę, którą musi opłacić, i ma tą klientelę, która go do władzy wyniosła, i musi zapłacić za to, że go wyniosła, jednym słowem powstaje cały układ zależności, w którym nie można sobie wyobrazić, żeby to był układ bezgotówkowy. Z założenia jest układem gotówkowym. Jest nawet taka książka >Korupcja w rozwijającym się świecie<, która opisuje bardzo ważny czynnik w tych społeczeństwach - ogromne pragnienie odbicia się od dna nędzy."


Powyższy cytat pochodzi z książki - wywiadu (str. 116) autorstwa Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetko pt.: "Kapuściński: Nie ogarniam świata". Nie zamierzam jednak w tym wpisie zajmować się podróżami reporterskimi Ryszarda Kapuścińskiego po krajach Trzeciego Świata lat 60-tych, 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia. Są tu również odniesienia do ostatniego dwudziestolecia, zwłaszcza jeśli chodzi o państwa powstałe z rozpadu ZSSR. Kiedy czytałem cytowany akapit, przed oczami stanęła mi polska scena polityczna (czy raczej cyrk polityczny). Słowa te doskonale opisują sytuację w Polsce u schyłku pierwszej dekady XXI wieku.


Mam tu na myśli tezy o klientyzmie  polityków i o tym, że dla tych ludzi polityka stała sie podstawowym  źródłem dochodów. Proszę zwrócić uwagę, że niektórzy posłowie okupują ławy sejmowe od 21 lat, a zdecydowana większość "reprezentuje nas" minimum 2 kadencje. Kto pamięta kampanię wyborczą z 1989 roku doskonale wie, że dla większości solidarnościowych kandydatów na posła czy senatora przepustką do parlamentu było zdjęcie z Lechem Wałęsą. To właśnie szef Solidarności wypromował takich ludzi jak bracia Kaczyńscy, Macierewicz, Niesiołowski, Tusk... itd., itp. Wielu z nich do dziś iście po Polsku "spłaca" dług wdzięczności swemu promotorowi.


Ale istnieje druga strona klientyzmu. To grupy instytucjonalne, lobbyści, media, ambona. Promują jakąś opcję, potem oczekują konkretnych działań, częściej legislacyjnych, ale bywa też, że chodzi zwyczajnie o pospolite korzyści materialne. Wspomnę tylko sprawę odwiertów geotermalnych i przyznanie na nie funduszy tuż przed zakończeniem poprzedniej kadencji. Zresztą funduszy cofniętych przez następną ekipę po zmianie rządu. Albo od lat działająca Komisja Majątkowa, przez której ręce przechodzą potężne majątki zmieniając właściciela. A nie od dziś wiadomo, że te środowiska jednoznacznie i otwarcie wspierają wiadomą opcję, która w zamian za poparcie realizuje ich wizję polityki. Problem jest niemały, gdyż ambony to jedyne miejsca w kraju, gdzie, w praktyce nie obowiązuje osławiona cisza wyborcza.


Wreszcie lobbing. Poczynając od pierwszej tzw. Sejmowej Komisji Śledczej (rywinowskiej), wszystkie bez wyjątku były (i są) farsą. Nie chodzi w nich o wyjaśnienie prawdy, lecz o promocję medialną pewnych polityków. Większość z tych komisji zajmowała się lobbingiem, ale w tle za każdym razem była walka polityczna. Lobbyści mniej lub bardziej jawnie finansowali różnych polityków, lecz w zamian oczekują konkretnych działań legislacyjnych, co widać i słychać w nagraniach w aferze hazardowej.


Nie każdy, kto startuje w wyborach dostaje się do Sejmu, a przecież zasługuje na wdzięczność. Poza tym liderzy muszą dbać o lojalność w terenie. Siłą rzeczy po wygranych wyborach każda ekipa zaczyna wietrzenie spółek SP, różnych funduszy i fundacji oraz instytucji centralnych, o ile nie są to funkcje kadencyjne. Zwolnione w ten sposób miejsca w radach nadzorczych i zarządach są na otarcie łez dla "przegranych". Trzeba też mieć czym opłacić ewentualnego koalicjanta. Pełne pole do popisu (tylko bez skojarzeń).


Na koniec kilka słów do zdania, które mówi o traktowaniu polityki jako źródła dochodów. Tylko nieliczni potraktowali przygodę z polityką jako odskocznię do kariery w biznesie - choćby W. Walendziak czy pewien kierowca karetki pogotowia, który ma dziś potężną firmę transportową. Ci przynajmniej pracują na własny rachunek. Za to ich byli koledzy parlamentarzyści od lat okupują ławy sejmowe i senackie obrażając nas, wyborców, określeniami "przypadkowe społeczeństwo", "ciemny lud", "spieprzające dziady" żyjący w "dzikim kraju"... Tymczasem to parlamentarna tak zwana reprezentacja narodu jest przypadkową zbieraniną miernot od Sasa do lasa, dla której kaprys liderów partyjnych układających listy wyborcze, daje szansę znalezienia się na liście płac Sejmu i Senatu, a ostatnio również  Europarlamentu. A jest o co powalczyć, bo miesięczny dochód tych Pań i Panów, dla sporego odsetka Polaków stanowi równowartość rocznych dochodów, o ile mają szczęście posiadać pracę. Nie mówiąc o emerytach i rencistach. To chyba jedyna grupa "zawodowa" w sferze budżetowej, dla której nigdy nie brakuje środków na podniesienie diet (swoją drogą piękna nazwa "dieta"; tyle, że to raczej co najmniej połowa narodu żyje na diecie, i to często ostrej). Do diet należy dodać dopłaty mieszkaniowe do 2000 złotych dla posłów spoza Warszawy, by zamknąć temat osobistych dochodów  parlamentarzysty.


Obok osobistego uposażenia, każdy poseł, senator ma spore środki na prowadzenie biura poselskiego. Ze względu na duże bezrobocie przez wiele lat kwitł (kwitnie?) w Sejmie nepotyzm. Któż w końcu lepiej zna potrzeby "pracodawcy", niż współmałżonek, syn czy córka? Ewntualnie, dla zachowania pozorów, narzeczona/y potomka? (casus posłanki Gilowskiej). Tak więc również lwia część z tej puli zostawała często w rodzinie. Swoją drogą chętnie bym przeczytał raport sejmowych służb kontrolnych lub NIK-u z kontroli pod tym kątem w obecnej kadencji. Czy coś się zmieniło? a jeśli tak, to jak bardzo?


Kilka akapitów wcześniej napisałem, że polscy parlamentarzyści to przypadkowa zbieranina. Wcale nie twierdzę, że w "cywilu" nie są dobrymi fachowcami w swej dziedzinie. Problem polega na tym, że jeśli Sejm jest zapełniony ludźmi, którzy wiedzą  wszystko o wszystkim, to w efekcie wychodzą z sali plenarnej buble legislacyjne, które miesiącami zalegają szuflady Trybunału Konstytucyjnego czekając na swą kolej do rozpatrzenia. Ta instytucja jest permanentnie zablokowana uchwalonymi ustawami, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. By zmienić ten stan rzeczy, należy wprowadzić do Sejmu więcej prawników, ekonomistów, konstytucjonalistów, administratywistów, którzy wiedzą jak pisać ustawy. Nie głosować na pierwsze miejsca na listach wyborczych, bo to partyjny beton, lecz zainteresować się dalszymi kandydatami: kim jest na przykład miejsce 5 czy 6, jego/jej wykształcenie, dorobek. Pielęgniarka niech stanie przy łóżku chorego, rolnik do pługa a nauczyciel do tablicy. A za tworzenie prawa niech się zabierze fachowiec w tej dziedzinie, czyli prawnik pospołu z ekonomistą. Poszczególne branże mają wystarczająco dużo fachowej kadry, by dostarczyć ekspertów, którzy przybliżą prawodawcy problemy ze  swego poletka. Będzie to z pewnością mniej kosztowne, niż wyrzucanie przez TK do kosza gniotów, przez wiele miesięcy międlonych przez laików z Sejmu i Senatu.



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

Wywiad z Prezesem i skutki zbrodniczej polityki.

czwartek, 15 lipca 2010 20:53

Na początek cytat z wywiadu w z J. Kaczyńskim w GaPol-u z 13 lipca:


"(GaPol) - Kiedy po raz ostatni widział Pan Brata?

(JK) - W szpitalu u Mamy. To było późnym wieczorem w piątek. Rozmawiał ze mną, z Mamą i z prezydenckim lekarzem, który następnego dnia także zginął. Ja również rozmawiałem z panem docentem Lubińskim. Pamiętam, że pytałem go nawet, jakim samolotem polecą do Smoleńska. Przez pewien czas byłem przekonany, że będzie to JAK, a nie tupolew. Nawet myślałem, że to może lepiej. Później jednak przypomniałem sobie wszystkie awarie JAK-ów. 10 kwietnia o 6 rano Leszek obudził mnie telefonem. Później zadzwonił o 8.20. Myślałem, że już wylądował i dzwoni ze Smoleńska. Bardzo rzadko dzwonił z telefonu satelitarnego z samolotu. Powiedział mi, że z Mamą wszystko w porządku i poradził, bym się przespał. Pamiętam doskonale, że użył określenia: >>bo się rozpadniesz.<<"


W żadnym komentarzu nie spotkałem się z tym, by ktoś zajął sie tym fragmentem wywiadu, a moim zdaniem warto. Wyróżnione przeze mie kursywą  fragmenty odpowiedzi prezesa na pytanie stoją w sprzeczności do siebie. Na początku mówi, że rozmawiał nie tylko z mamą i bratem, lecz także z lekarzem, więc musiał wiedzieć, że z mamą jest "wszystko w porządku", tym bardziej, że z całą pewnością z doktorem Lubińskim nie rozmawiał tylko o pogodzie i samolotach. Tymczasem z przebiegu rozmowy telefonicznej tuż przed katastrofą samolotu  (to niezweryfikowana wersja J. Kaczyńskiego) można wnosić, że o stanie zdrowia matki dowiedział się od prezydenta niedługo przed jego śmiercią. Może więc pana prezesa nie było w szpitalu? Lecz jeśli był, to może jego brat nie bardzo kojarzył ten fakt? Jakby nie było, prezydent czuł sie w obowiązku poinformować go o stanie zdrowia matki. Jednak w tym drugim przypadku pytania posła Palikota stawiane publicznie od lat nabierają nowego znaczenia.


Jest tu jeszcze jedna nieścisłość. Jak pamiętamy, przez długi czas po katastrofie pani Jadwiga Kaczyńska była przez rodzinę i personel szpitala utrzymywana w nieświadomości, co się stało z jej synem i synową, co było spowodowane bardzo ciężkim stanem i mogło zagrozić bezpośrednio jej życiu. Jak się to ma do słów, "że z Mamą wszystko w porządku"? Czy rzeczywiście była nieświadoma? Nie wiem. Muszę polegać jedynie na oświadczeniach sztabu wyborczego kandydata Kaczyńskiego, co jest równie wiarygodne, jak wiarygodna była jego przemiana.


Zacytowane wyżej słowa są mało spójne, pełne sprzeczności i niewiarygodne. Ta wypowiedź sprawia wrażenie, jakby pan Kaczyński wypowiadając ostatnie zdanie, kompletnie nie pamiętał co powiedział na początku. Zresztą cały ten "wywiad" sprawia takie wrażenie. Jest utrzymany w tonie oskarżeń, w oparach spisku, gdzie dwóch głównych spiskowców, premierzy Polski i Rosji ściskają się w namiocie niemal nad ciałem leżącym w błocie w "ruskiej" trumnie i na deszczu "poległego" męczennika Prezydenta Polski (to z kolei słowa Brudzińskiego z innego wywiadu).


Dalszy ciąg wywiadu to opis "gehenny" delegacji PiS pod przewodem  prezesa J. Kaczyńskiego. Niemal sensacyjny scenariusz, Pościg polskiej,  rządowej limuzyny z premierem za autokarem pełnym zbolałych patriotów, spowalnianie i przetrzymywanie ich pod bramą lotniska niczym Juranda przez Krzyżaków pod bramami Szczytna, potraktowanie jako szykanę rutynowych pytań w czasie identyfikacji ciała ("Po czym pan poznaje brata?"), czy rzekoma drobiazgowa, upokarzająca kontrola dokumentów przed powrotem do kraju. Kilkakrotnie przepytywany przez dziennikarzy pan prezes używa słowa: paranoja. I rzeczywiście, gdy wczytać się w treść tych wspomnień, całość sprawia wrażenie wynurzeń paranoika. Pozostaje uczucie niesmaku i zażenowania, jeśli te słowa zestawić z późniejszymi podziękowaniami znad pianina dla premiera i prezydenta Rosji i narodu rosyjskiego.


Rozsypała się w pył maska przez trzy miesiące skrywająca prawdziwe oblicze. Kolejna przemiana przeszła do historii, a wataha spuszczona z łańcucha, ze zwielokrotnionym jazgotem nadrabia przymusowy okres milczenia. Wyłażą na powierzchnię zmory i upiory IV RP: Macierewicz, Ziobro, Brudziński, Kępa... Czekam na Kurskiego, Karskiego, Bielana, Kamińskiego... Stary, niezawodny Prezes dał sygnał do rozpoczęcia harców, zdjął kagańce. Hulaj dusza, piekła nie ma. Poszedł w ruch krzyż i zdjęcia w sejmowych ławach, hajda na duży i mały Pałac.



Ps. Jeśli ktoś ma ochotę, TUTAJ jest link do wywiadu. Polecam.



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Po wyborach, czyli stracony głos.

wtorek, 13 lipca 2010 18:26

Wybory przeszły do historii, mamy wybranego prezydenta-elekta, który za około miesiąc zostanie zaprzysiężony i formalnie obejmie najwyższy urząd w państwie. 4 lipca ostatecznie wybraliśmy Bronisława Komorowskiego - kandydata partii rządzącej, PO,  marszałka Sejmu, z konstytucyjnego nadania pełniącego obowiązki głowy państwa po tragicznie zmarłym prezydencie Lechu  Kaczyńskim.


Zanim przejdę do podsumowania samych wyborów, kilka uwag do uroczystości wręczenia uchwały PKW Komorowskiemu, zwycięzcy prezydenckiego wyścigu o wyborze na prezydenta, która odbyła się 6 lipca na Zamku Królewskim w Warszawie. Prezydent-elekt, dziękując za głosy, zapowiedział, że nazajutrz, 7 lipca zrzeka się członkostwa w partii i składa mandat poselski, a co za tym idzie, ustępuje z funkcji Marszałka Sejmu*. W konsekwencji, nie może dalej pełnić obowiązków prezydenta. W tej sytuacji, zgodnie z konstytucją, do czasu wyboru nowego marszałka Sejmu, jego obowiązki ma przejąć marszałek Senatu. Nie jest korzystne dla naszej młodej demokracji, by w okresie "bezkrólewia" aż trzech ludzi sprawowało w zastępstwie urząd prezydenta. Uważam, że Prezydent-elekt powinien pełnić oba obowiązki do chwili zaprzysiężenia, do czego deleguje go Konstytucja RP.


Wspomniana na wstępie uroczystość na Zamku Królewskim nie obeszła się bez zgrzytu. Spośród 10 uczestników wyścigu do prezydenckiego fotela, czyli miejsca pod żyrandolem, zabrakło jedynie spadkobiercy po zmarłym (poległym/?/) prezydencie, Jarosława Kaczyńskiego. Na tym tle, wcześniejsze wypowiedzi Prezesa w wieczorze wyborczym i z następnych dni pokazują, jak pęka wyborcza maska "apologety" Oleksego i Gierka, a szerzej lewicy, już nie "postkomuchów". Z jego słów wynika jasno, że od tej chwili   nad polską sceną polityczną stale będzie fruwać trumna brata prezesa, bo to jak się zdaje jest jedynym paliwem, które może utrzymać zainteresowanie formacją zwaną PiS, do jesiennych wyborów samorządowych i przez następny rok do parlamentarnego plebiscytu obiecanek. Tyle, że za kilka, kilkanaście miesięcy mało który z piewców IV RP będzie pamiętał, co się wydarzyło 10 kwietnia. Zresztą nie trzeba było długo czekać by z ukrycia wyszedł jeden z pierwszych politycznych zombie, Antek "Policmajster" Macierewicz z ideą Zespołu Poselskiego d.s. Smoleńska. W tą trumienną retorykę żebrania o wyborczą litość doskonale wpisuje się nowa żałobna tradycja modłów pod Pałacem Prezydenckim 10-ego każdego miesiąca. To już trzecia z kolei miesiączka pod krzyżem.


Sama kampania wyborcza była krótka i nudna. Faworyci chowali się za czajnikiem i pianinem, które ponoć stoi w każdym polskim domu. Na nosie okulary mające świadczyć o intelektualnej bazie nosiciela i odezwa-podziękowanie do "braci Moskali" zerżnięte z Mickiewicza. Ponieważ słoń nadepnął na ucho kandydatowi, pianino czeka na uzdolnionych potomków, tylko że i na tym polu kompletna posucha. Umiłowana przez kandydata panna o imionach Polityka i Władza nie jest w stanie zaspokoić jego potrzeb prokreacyjnych i zesłać potomstwa, które zrealizuje ambicje estetyczne i artystyczne. Drugi z faworytów został przez naturę, lub jeśli ktoś woli przez Boga obficie obdarzony potomstwem, ale ten z kolei nie chwalił się pianinem w salonie. Dysponował za to bogatym "arsenałem" gaf, lapsusów i przejęzyczeń, a także pewną dozą arogancji, dzięki czemu zdołał roztrwonić przytłaczającą przewagę, która w początkach kampanii sugerowała nokaut już w pierwszej turze. Niestety, jego rywal, polityk najgorzej oceniany w ostatnich latach, po raz kolejny potrafił uwieść około 8 milionów wyborców, którzy zapomnieli wyczyny premiera J.K. i jego ekipy z lat 2005/07. Pomogły w tym media prezentujące "odmienione" oblicze prezesa, ignorując i skrzętnie ukrywając to, do czego ten pan nas przyzwyczaił w poprzednich latach.


Wielu komentatorów, zwłaszcza po pierwszej turze, grzmiało o straconym głosie oddanym głównie na Grzegorza Napieralskiego. Jako przykład podam wpis na blogu pana Grzegorza Ziętkiewicza (link TU). Jako były dziennikarz RWE (czy ktoś jeszcze pamięta ten skrót?) podobno walczył m. in. o demokratyzację wyborów. Ordynacja dopuszcza dowolną liczbę kandydatów i w jej świetle żaden głos oddany na dopuszczonych kandydatów nie jest stracony lecz pokazuje rzeczywisty przekrój społecznego poparcia dla wszelkich opcji od lewej do prawej strony sceny politycznej. 14 procent poparcia dla kandydata lewicy, czyli 2,2 mln. głosów to sygnał dla dwóch prawicowych partii (głównie jednak PO), że zwiedziony i zawłaszczony w 2007 roku przez PO elektorat lewicy ma już dość permanentnej wojny polsko-polskiej w wykonaniu parti powstałych na gruzach AWS/UW. To też znak, że zaczął się powrót tej grupy wyborców do politycznych preferencji i sympatii.  Polacy nie są społecznością jedynie prawicową, która ma do wyboru tylko chorych na władzę prawicowych i konserwatywnych polityków podpierających się populizmem. Już to pisałem, ale powtórzę: dla prawicowego konserwatysty nigdy alternatywą nie będzie taki sam konserwatysta.  Gdybym w pierwszej turze poparł któregoś z panów K., wtedy byłby to dla mnie stracony głos. Po pierwsze żaden z nich choćby w przybliżeniu nie reprezentuje moich poglądów.  I po drugie, lecz kto wie czy nie ważniejsze, oddanie głosu na kogoś, z którego poglądami się nie utożsamiam stwarzałoby fałszywy obraz poparcia. Najpierw więc głosuję na swego kandydata, a dopiero potem mogę się zastanowić nad wyborem "mnieszego zła" i to "mniesze  zło" musi wiedzieć, że ma moje poparcie jedynie warunkowo i tylko od niego zależy, czy ja i wielu innych nie będziemy żałować swych wyborów.


Pan Ziętkiewicz obłudnie martwi się, że głosując na Napieralskiego przyczyniliśmy się do niepotrzebnego wydatku z budżetu 170 mln. złotych, jakie trzeba wydać na drugą turę. Chciałbym mu odpowiedzieć, że dużo więcej kosztuje Skarb Państwa rozbudowany ponad miarę aparat represji i tajnych policji, które dublują swe zadania. Nie wyłączając IPN w tej formie, w jakiej działają dosłowni spadkobiercy UB/SB z tego zacnego gremium, szermując osławionymi teczkami. Szukając oszczędności, wystarczy też odciąć pępowinę, jaką podpięty jest do budżetu Kościół Katolicki w Polsce. Pieniądze na wybory są wpisane w sposób naturalny w cztero- lub pięcioletnie kadencje. Splot tragicznych wydarzeń sprawił, że w tym roku nieco wcześniej poszliśmy do urn, ale te pieniądze i tak na ten rok były zapisane w budżecie.


Pouczającym spektaklem były umizgi i pląsy wokół Napieralskiego obu kandydatów - finalistów. Każdy z nich starał się jak mógł, by zaskarbić sobie uśmiech Numeru 3. Choć i tu nie obeszło się bez tarć. Wystarczy wspomnieć obraźliwe wypowiedzi Schetyny czy Gowina na temat lidera lewicy i jego elektoratu. Cóż, takie mamy "elity". Będę z zainteresowaniem oglądał sondaże w następnych miesiącach. Jest więcej niż prawdopodobne, że spolaryzowana od pięciu lat polska scena polityczna zostanie bardziej spłaszczona, kominowe wyniki sondażowe staną się bardziej przybliżone do rzeczywistości. Teraz Tusk i jego ministrowie nie będą mogli zwalać winy na złą wolę  prezydenta.


Przed nami 500 ciekawych dni. Jak pan premier z przychylnym mu prezydentem zamierza  po 2,5 roku niby-rządzenia realizować wyborcze obietnice, w tym wiele reform. Wiadomo, że trudne decyzje podejmuje się na początku kadencji, gdy jest szansa, by zaczęły one procentować na finiszu, przed kolejnymi wyborami. Teraz wprowadzanie reform i niepopularnych ustaw może wiązać się ze sporymi kosztami społecznymi, co z całą pewnością przełoży na spadek poparcia. Naley też pamiętać, że poparcie w wyborach prezydenckich dla Komorowskiego (i PO) jest warunkowe, ze strachu przed powrotem IV RP, a spora część wyborców wyraźnie mówiła, że głosuje na "mniejsze zło". Ci, którzy kierowali się tą filozofią nie dadzą sobie po raz kolejny wmówić, że partii posiadającej pełnię władzy ktoś przeszkadza, tak jak to było możliwe za dramatycznie przerwanej kadencji prezydenta PiS-u. Najbliższe miesiące pokażą, czy obecny premier jest mężem stanu, czy pustą wydmuszką wykreowaną przez media.

 

*Nastąpiło to 8 lipca. Doszło do kuriozalnej sytuacji, że w ciągu jednego mieliśmy w Polsce trzech p.o. prezydenta - Komorowskiego, Borusewicza i Schetynę.



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Finisz kapanii wyborczej.

piątek, 18 czerwca 2010 23:55

W jednym z poprzednich wpisów napisałem, że kampania wyborcza "ruszyła z kopyta". Dziś, patrząc z perspektywy czasu, widzę, że grubo  przesadziłem. Po prezentacji na paddocku wszystkich koni dopuszczonych do prezydenckiego wyścigu, zamiast je wypuścić na tor, "trenerzy" (czytaj: Pi-aR-owcy) odprowadzili je z powrotem do stajni, by żaden z nich nie zrobił sobie krzywdy w czasie gonitwy. W efekcie, zamiast walki o pryncypia obserwujemy dreptanie w miejscu starych chabet, które w obawie przed przedwczesną zadyszką robią wszystko, by się nie wychylać. Czasem któryś z nich wychyli się jednak ze swej stajni, by zaliczyć wpadkę lub lapsus językowy. Nawet debata(?) w TVP nie zmieniła tego stanu rzeczy.


Czego dowiedzieliśmy się O kandydatach? A czego dowiedzieliśmy się od nich samych o tym, jak widzą siebie w roli najważniejszej osoby w Państwie? I nie chodzi mi o to, jak oni sobie wyobrażają prezydenturę, lecz jak zamierzają wykonywać swoje obowiązki wobec społeczeństwa i w jaki sposób korzystać z prerogatyw i uprawnień przyznanych prezydentowi przez Konstytucję.Jednym słowem, czy ma zamiar stać  na straży konstytucji i prawa w ogóle i reprezentować ogół Polaków, czy też wykonywać swój urząd zgodnie z oczekiwaniami siły politycznej, która desygnowała go na kandydata.


Jarosław Kaczyński już na początku w zasadzie powiedział jak będzie sprawował urząd. Słowami, że zgodnie z "testamentem" politycznym swego brata, będzie kontynuował jego poltykę nie pozostawił złudzeń, że będzie kontestował pracę każdego rządu jeśli to nie będzie rząd wywidzący się z jego ugrupowania. W tym samym mniej więcej czasie powrócił do znanej swej maniery pogłębiania podziałów społecznych, mówiąc, że poparli go "prawi Polacy". Czyli co? Prawdziwi?, prawi i sprawiedliwi?, a może genetyczni? A my pozostali, którym nie po drodze z panem prezesem to pewnie ZOMO? Zza maski dobrotliwego dziadziusia w okularach i z fortepianem w tle, silącego się na "cieplutkie" przesłanie do "braci Moskali" wyłania się prawdziwe, znane nam z poprzednich lat, oblicze kandydata PiS-u, wykrzywione złością jak na pamiętnym wiecu w stoczni. To jest jedyna prawda powiedziana przez Jarosława Kaczyńskiego w tej kampanii wyborczej.


A jakie przesłanie ma dla nas kandydat Bronisław Komorowski? Zapytany o in vitro coś tam dukał o wartościach, jakby czuł na karku oddech biskupów i widział w karcącym geście uniesiony palec  sługi bożego. Dla przyszłego strażnika Konstytucji RP, zapis w tym akcie prawnym o świeckim charakterze Państwa jest pustosłowiem wobec głosu z kruchty. Pan marszałek raczył zaatakować swego przeciwnika politycznego, - nie, nie swego najgroźniejszego rywala do Fotela i Żyrandola J. Kaczyńskiego, lecz posła G. Napieralskiego. Mianowicie zarzucił liderowi lewicy, że to właśnie SLD pobił "swoisty rekord świata" wplątując Polskę  na 9  lat w afgańską awanturę. Zapomniał chyba, biedaczyna, że SLD wysłał do Afganistanu Misję Obserwacyjną, której celem było między innymi szkolenie policjantów i żołnierzy, bez prawa mieszania się w wewnętrzne konflikty i brania w nich udziału. Pan Napieralski był wystarczająco przytomny i odparował cios przypominając zapominalskiemu, że to jego formacja razem z PiS w ciągu 3 lat zdążyła 25-ciokrotnie zwiększyć liczebność polskiego kontyngentu. Szkoda, że nie dodał, że to obecny kolega partyjny pana marszałka i jedyny rywal w farsie zwanej prawyborami, Radek Sikorski, zmienił charakter misji z Obserwacyjnej na Stabilizacyjną wplątując Polskę w nie naszą wojnę. Była to cena, jaką nasz kraj rękoma Sikorskiego ("niezależnej" przystawki w rządzie PiS-u), zapłacił za 5-cio minutową audiencję jego pryncypała Lecha Kaczyńskiego u G. W. Busha, ówczesnego prezydenta USA. I cenę tą płaci do dziś zdrowiem i życiem polskich żołnierzy.


Atak pana hrabiego na szefa SLD jest logiczny w świetle wydarzeń. Pomny doświadczeń z wyborów 2007 próbuje podebrać lewicowy elektorat. By udowodnić, że jest ponad podziałami, rzucił na szalę Belkę, wyżebrał też poparcie w pierwszej turze od byłego prezydeta Kwaśniewskiego, po raz kolejny wyciągnął rękę w żebraczym geście po pomoc od  zgnojonego przez PO w wyborach prezydenckich 2005 roku Włodzimierza Cimoszewicza, że nie wspomnę o rozłamowcach z niszowych partii odwołujących się do lewicowych korzeni i idei. Jak długo elektorat lewicy będzie dawał się nabierać na lep słodkich słówek prawicowych demagogów? Mam nadzieję, że to już się skończyło, co wykazał sondaż z następnego dnia po deklaracji Cimoszewicza. Napieralskiemu nie tylko nie spadło ale drgnęło w górę. Nawet jeśli to jest tylko w granicach błędu statystycznego, to i tak ta dolna granica też poszła w górę.


Będę w pierwszej turze głosował na kandydata lewicy, bo tylko taki wybór jest alternatywą dla polityka konserwatywnego, a takimi kreują się obaj panowie K. Dość już pięcioletniej wojny między dwoma w zasadzie prawicowymi ugrupowaniami, która wstrząsa Polską. Zamiast sprawować władzę dla dobra kraju, jak dzieci w piaskownicy okładają się łopatkami. Nie mam zamiaru zmarnować swego głosu na mniejsze zło jakim ponoć jest pan marszałek. Dla mnie zło jest złem i nie zamierzam do złego przykładać ręki. Co zrobię 4 lipca, jeszcze nie wiem. Będę miał dwa tygodnie na zastanowienie, oczywiście jeśli dojdzie do drugiej tury.


P.s. Sztab wyborczy Kaczyńskiego pozazdrościł Komorowskiemu hrabiowskiego tytułu i w ciągu kilku dni spreparował dla swego szefa "drzewo genealogiczne". Nawet ktoś się dopatrzył, że oba rody mają wspólnego przodka. Mało tego, inny "genealog" doszukał sie koligacji prezesa  z jednym z potomków królowej Jadwigi. Problem w tym, że o ile orientuję się w historii (a ta była moim konikiem) nasza jedyna kobieta na tronie zmarła młodo i z Jagięłłą nie miała  żadnego potomstwa. Boże, strach pomyśleć...  Czyżby nasza święta Jadwiga... Tfu, robaczywe myśli. Apage, Satanas.

 

 



Podziel się:

komentarze (0) | dodaj komentarz

Bajka, czyli za siedmioma górami.

niedziela, 13 czerwca 2010 11:56

Któż z nas nie pamięta tych wiekopomnych słów zaczynających prawie(?) każdą bajkę? Czasami tym górom tawrzyszyły rzeki, morza, lasy... Oddzielnie lub razem... Tam spotykaliśmy naszych bohaterów - Piękną i Bestię, gdzie niezwykłej urody dziewczę swą miłością wyzwalało ze złego czaru wrażliwego młodziana zaklętego w potworne kształty... Na drodze naszej wyobraźni została postawiona królewna zaklęta w żabę, a śliczny królewicz wyzwalał ją pocałunkiem ze złego czaru... W innej wersji, zatruta jabłkiem złej królowej długo czekała w szklanej trumnie na swego wybawiciela, strzeżona przez Krasnoludki... Naszą wyobraźnię zaludniali Rycerze na białych koniach poszukujący uwięzionych Księżniczek... Siłacze Waligóra i Wyrwidąb na swej drodze zatrzymywali siły zła, a my na to patrzyliśmy oczami wyobraźni... Wpadaliśmy w otchłań zaczarowanej studni by towarzyszyć bohaterom w wędróce przez urokliwe okolice w poszukiwaniu szczęścia... Albo przemierzaliśmy przestworza na latającym dywanie, z błyskiem w oku i cieknącą ślinką zazdrościliśmy bohaterom zaczarowanego stolika, na którym pojawiały się wymarzone potrawy...


Znamy to z opowieści babci lub dziadka, którzy czasem wspierali się książką. Potem sami sięgaliśmy po te książeczki. Babcino dziadkowe opowiastki bogato uzupełniały mizerną ofertę TVP lat 60/70. Najpierw jeden program, potem uzupełniony o TVP2 na okrągło eksploatowały stałe pozycje - "Bolek i Lolek", "Reksio", "Pomysłowy Dobromir" a od święta "Wilk i Zając", nie mówiąc już o niebywałej rzadkości - produkcjach Walta Disneya czy Hanna Barbara.


Dziś czasy się zmieniły. W powodzi setek kanałów telewizyjnych, nie mniej liczne dla dzieci proponują swoją wizję rozrywki dla najmłodszych. Nasze dzieci i wnuki epatowane są takimi "wspaniałościami" jak "Simsonowie" czy "Johny Brawo". Bohaterowie rysowani prymitywną kreską, z  grubsza przypominający ludzkie postacie promują cwaniactwo i narcyzm. To wszystko przeplatane jest różnymi "Czarodziejkami z Księżyca" i "Connanami", gdzie brutalność jest usprawiedliwiona walką z jeszcze bardziej brutalnym złem Szkieletorów i innych Mrocznych Władców.


Jeszcze gorszy jest inny rodzaj "bajek" - gry komputerowe. W nich kilkulatek, zanim jeszcze pozna alfabet, do perfekcji opanował "sztukę zabijania". Aktywnie uczestnicząc w fabule swej "bajki" sam niejako kreuje własną wirtualną rzeczywistość. Nie boi się, że noga mu się powinie i straci jedno "życie", bo ma ich jeszcze kilka w zanadrzu, a jeśli jest do tego sprawnym graczem, to może sobie pomnożyć ilość tych "żyć". 5-cio, 6-ściolatek dorastając styka się z rówieśnikami, wchodzi w interakcje w grupie rówieśniczej, staje się kibicem, a raczej kibolem związanym ze "swym" klubem (często) na śmierć i życie. Mając 15 czy 17 lat idzie na ustawkę z bejsbolem w ręku i nożem za pazuchą. Gdy ustawka przeszła do historii, nasz bohater leży w pozycji horyzontalnej, szarpiąc paznokciami trawę, bruk czy asfalt i myśli z  rozpaczą: "dlaczego?  Przecież mam na twardym dysku zapisanych 20 żyć". Tylko, że to już nie jest gra lecz prawdziwy świat, gdzie mamy na swym "twardym dysku" zaprogramowane jedno realne życie, a to "klikanie" w trawę lub bruk są jedynie konwulsjami przedśmiertnymi.


Klasyczni dziadek i babcia, opowiadający bajki wnukom, jakich pamiętam z dzieciństwa powoli stają się instytucją zapomnianą, na wymarciu. I to nie dlatego, że ich biologiczna egzystencja jest zagrożona, wręcz przeciwnie. Dziś, gdy dzięki poprawie warunków życia i osiągnięciom medycyny średnia długość ludzkiego życia znacznie poszła w górę, pokolenie 50-ciolatków, potencjalnych dziadków wykazuje niezwykłą żywotność. Zamiast zwolnić, wielu dziadków, a bywa, że i babć włączyło się do osławionego wyścigu szczurów i robią karierę w polityce, biznesie czy biurokratycznym imperium. By oszukać upływający czas, piszą swsą własna bajkę w siłowni i SPA spalając tkankę tłuszczową za pomocą "koksu".  Babcia, bardziej leniwa od dziadka, swą bajkę o młodości zapisuje znakami runicznymi w postaci blizn po kolejnych wizytach u chirurga plastycznego, uszczuplona o 1000 gram tkanki tłuszczowej w wyniku liposukcji i "wzbogacona" o 500 gramów silikonu w pośladkach i piersiach. Po jej wizycie w salonie kosmetycznym zastanawiasz się, ile w tych seksownych ustach jest jadu kiełbasianego (śmiertelna trucizna), którego handlowa nazwa brzmi botoks. Bywa, że dziadek i babcia XXI wieku rywalizują z nastoletnimi wnuczętami "młodzieńczym" wyglądem. Tyle, ze snu z powiek nie będzie im spędzać zmora wnuków jaką jest młodzieńcza opryszczka czy inne "kataklizmy" okresu dojrzewania. Swe problemy związane z artretyzmem, osteoporozą, czy menopauzą będą rozwiązywać u geriatry. Młodym wyglądem nie da się oszukać upływającego czasu.


Jak w każdej bajce, również i w tej mojej o dziadku i babci powinien być na końcu jakiś morał. Myślę, że najlepszą puentą będą w tym wypadku słowa brazylijskiego onkologa Drauzio Varella znalezione przeze mnie gdzieś w wirtualnej przestrzeni:


"W dzisiejszym świecie wydaje się pięć razy więcej pieniędzy na środki zwiększające potencję i silikon dla kobiet, niż na lekarstwa przeciw chorobie Alzheimera. Wynika z tego, że za kilka lat będziemy mieli dużo starych kobiet z dużymi biustami i starych mężczyzn z twardymi członkami. Za to nikt z nich nie będzie w stanie sobie przypomnieć, do czego im to jest potrzebne!"



Podziel się:

komentarze (8) | dodaj komentarz

Polak, Patriota, Patriotyzm.

środa, 19 maja 2010 13:23

Od 21 lat, czyli od chwili przemian zapoczątkowanych porozumieniami Okrągłego Stołu trwają nieustanne dyskusje na temat tytułowych pojęć. Prym w nich wiodą spadkobiercy solidarnościowej schedy, wszelakie prawicowe ugrupowania. Na nowo zdefiniowały szczytne w swej istocie wartości sprowadzając je do roli narzędzia walki politycznej. (Swoją drogą, ciekawa rzecz: my, współcześni Polacy, jesteśmy jedynym narodem na świecie, który swą "prawicę" wyłonił z ruchu związkowego nieodłącznie powiązanego z myślą lewicową. Z niego w XIX wieku wyłoniły się lewicowo - socjalistyczne, a nawet komunistyczne partie polityczne. Jedynym wyjątkiem na polskiej prawicy jest fenomen Janusza Korwina-Mikkego, który z postsolidarnościowymi ideami nie ma nic wspólnego.) Ugrupowania te z uporem maniaka forsują dziewiętnastowieczny model patriotyzmu podlanego gęstym sosem średniowiecznego katolicyzmu.


Na patriotyzm można patrzeć pod różnymi kątami i tak go klasyfikować, w zależności od osobistych  zapatrywań. Ja w swym subiektywnym odczuciu wyróżniam dwie kategorie tego pojęcia. "Patriotyzm czasu wojny" i "patriotyzm czasu pokoju". Te dwie odmiany patriotyzmu zostały (na ziemiach polskich będących pod obcym panowaniem) ukształtowane już w XIX wieku, w zależności od tego, w którym zaborze "patriota" żył. I tak w zaborze rosyjskim (terytorialnie i ludnościowo największym) zwyciężył model patriotyzmu wojny. Dlatego w Kongresówce mnoży się od nazwisk takich jak między innymi Piotr Wysocki czy Romuald Traugutt. Tu Państwo było wrogiem numer jeden polskości, co zrodziło romantyczny mit Ordona czy Sowińskiego oraz frustrację Mickiewicza, leczącego swe fobie w Wielkopolsce w dniach Powstania Listopadowego. Tenże Mickiwicz, po powrocie do Paryża, niesiony na skrzydłach towianizmu stworzył setki dzieł, poczynając od "Pana Tadeusza". Te piękne strofy gnały całe pokolenia młodych Polaków na barykady w beznadziejnej walce o narodową tożsamość. Stefan Żeromski w "Rozdziobią nas kruki, wrony" opisał niepiękny koniec romantycznej przygody na polu walki, kiedy całe zastępy Winkelriedów były odzierane przez hieny cmentarne ze śmiertelnego dobytku - wątpliwej wartości majątku  powstańca - żołnierza i tułacza. Malczewski, Kossakowie  swymi "Etapami", "Na stokach Cytadeli" oddają gehennę znaczoną morzem krwi, cierpieniem i losem katorżników. To jast właśnie patriotyzm czasu wojny pokutujący do dziś w naszej świadomości jako wzorzec do naśladowania.


W zaborach  Austriackim i Pruskim sytuacja Polaków zdecydowanie różniła się od tego, co przeżywaliśmy jako naród pod berłem brutalnego absolutyzmu następców Katarzyny Wielkiej. W Habsburskiej Austrii, czyli pod rządami miękkiego absolutyzmu imperium Austro-Węgierskiego mieliśmy względną swobodę. Korzystaliśmy z w miarę demokratycznych swobód społeczeństwa wielonarodowego, zachowując dość dużą autonomię Galicji i Rzeczypospolitej Krakowskiej, zwanej inaczej Wolnym Miastem Kraków. Mieliśmy silną reprezentację w wiedeńskim parlamencie,  co w połączeniu z łatwym dostępem do ministerialnych stołków tworzyło patologie wyśmiewane przez ówczesnych satyryków, nie wyłączając Boya-Żeleńskiego.


Najbliższy mi zarówno mentalnie jak i programowo jest, wpomniany wcześniej przeze mnie, patriotyzm czasu pokoju wypracowany w zaborze Pruskim. Jako jego twórców wymienię trzy nazwiska - Generał Dezydery Chłapowski, lekarz społecznik Karol Marcinkowski i przemysłowiec Hipolit Cegielski. Wszyscy oni za punkt honoru swego życia wybrali hasła: praca u podstaw i praca organiczna. Ale nie były to jedynie hasła, lecz nade wszystko konkretne działania, co zaowocowało w następnych pokoleniach wymiernymi postawami. Prace u podstaw i organiczne to szerzenie oświaty i kultury między najniższymi warstwami społecznymi - na wsi i między szeroko rozumianą klasą robotniczą w miastach. Chłapowski i Marcinkowski po przygodzie powstańczej zamienili szable na pokojowe narzędzia by budować nowoczesne społeczeństwo polskie, wykorzystując w tym celu nieprzyjazne dla nas prawo w warunkach Hakaty i bismarckowskiego imperializmu.


Chłapowski, a w ślad za nim wielu ziemian postawili na rozwój rolnictwa, inwestując w nowoczesną agrokulturę i osiągnięcia techniki na wzór brytyjski. Wysoka wydajność sprzyjała rozwojowi wielkopolskiej wsi,  co się pozytywnie odbiło na konkurencyjności wobec niemieckiego osadnictwa wspieranego przez państwo. Ludzie tacy jak  Cegielski budowali nowoczesny przemysł. Zawodowa i społeczna działalność Marcinkowskiego spowodowała, że zasłużył on na szacunek samych Niemców, którzy bronili go przed prześladowaniami za udział w Powstaniu. To z ich inicjatywy powstał w Poznaniu Bazar, instytucja finansowa wspierająca Polaków z inicjatywą. Wspierali też szkolnictwo ludowe, dzięki czemu analfabetyżm na tych ziemiach był relatywnie niższy na tle pozostałych zaborów,  a zwłaszcza rosyjskiego.


Wymierzone w Polaków akty prawne, takie jak Rugi Pruskie osiągnęły przeciwny do zamierzonego efekt. Polacy, nie mogąc budować na swej ziemi domu, stawiali barakowozy nie pozwalając się wywłaszczyć, jak to zrobił Drzymała. Wyższy poziom wykształcenia kształtował świadomość narodową w najniższych warstwach społeczeństwa i pozwalał na skuteczny opór wobec zaborcy z wykorzystaniem istniejących środków prawnych. Każdy pruski biurokrata był bezsilny wobec suchej wymowy paragrafów. Te wszystkie działania Wielkopolan zaowocowały tym, że  gdy Polska po 123 latach powstała z niebytu, to właśnie na tych ziemiach odbyło się jedyne powstanie zakończone pełnym sukcesem - Powstanie Wielkopolskie. Ale my, Polacy, wolimy z wielką pompą celebrować klęski pod płaszczykiem "moralnego zwycięstwa", odwracając się tyłem do autentycznych sukcesów.


W komentarzach pod moimi wpisami wszelkiego rodzaju Polacy i Patrioci kwestionują moją Polskość i patriotyzm. Żyjemy w Europie od 65 lat wolnej od zawieruchy wojennej i na szczęście nie musimy dokonywać takich wyborów jak nasi ojcowie i dziadowie. Możemy za to robić wiele dobrego dla swego kraju, burzyć stereotypy. Staram się prostować przekłamania dotyczące Polski. Kilku Brytyjczyków uświadomiłem, że Auschwitz-Birkenau to nie polski obóz koncentracyjny, lecz niemiecki zbudowany na ziemiach polskich. Polskie nazwy to Oświęcim i Brzezinka, a napis nad bramą jest w języku niemieckim a nie polskim. Wskazuję miejsca w Polsce warte odwiedzenia: Wieliczka, Mazury, Kaszuby... To jest właśnie patriotyzm czasu pokoju, pokazywanie swego kraju z najlepszej strony, a nie bezsensowne wymachiwanie szabelką.



Podziel się:

komentarze (11) | dodaj komentarz

Powroty

środa, 12 maja 2010 20:52

Mniej więcej rok temu, dokładnie 10 maja opublikowałem pierwszy właściwy wpis na tym blogu, który opatrzyłem żartobliwym tytułem "Wściekłe świnie z ptasią grypą". Kto go czytał, orientuje się, że dotyczył on wieloletniej kampanii dotyczącej różnych chorób odzwierzęcych i nakręcającej histerię w mediach między innymi przez koncerny farmaceutyczne przy - nie zawsze cichym - błogosławieństwie rządów w wielu państwach. Jak się ta afera zakończyła jest tajemnicą poliszynela. Wymuszone przez lobby farmaceutyczne na wielu rządach masowe zakupy wątpliwej jakości szczepionek przeciw świńskiej grypie, za setki milionów euro, skończyło się wielkim skandalem. Okazało się, że wieloletnie nakręcanie spirali strachu było najlepszą szczepionką społeczną  przeciwko traktowaniu ludzi jak króliki doświadczalne przez farmaceutów. Udało się znaleźć  zaledwie niecałe 10% desperatów, którzy dali się ogłupić i zaszczepić. Na setki milionów szczepionek zakupionych za niemałe pieniądze podatników  nie ma dziś chętnych, nie wyłączając samych producentów. Jako pierwszy został rozliczony rząd Gordona Browna (UK) w wyborach z 7 maja.


Tu ukłon do pani minister Kopacz, że nie dała się wpędzić  w szczepionkowe maliny, mimo że nawet sam RPO Janusz Kochanowski chciał ją stawiać przed Trybunałem Stanu za narażenie naszego bogobojnego społeczeństwa na zdziesiątkowanie przez tą paskudną, wieprzową grypę. Od samego początku, gdy pani Kopacz oznajmiła, że Polska ne zakupi tego specyfiku, mam wrażenie, że za tą decyzją nie stały merytoryczne wątpliwości co do jego jakości, lecz całkiem przyziemne powody, czyli mizeria budżetowa. Przecież w  połowie ubiegłego roku budżet Polski był tak zdewastowany, że pani minister nie bardzo wiedziała, komu by tu można jeszcze zabrać, by dać Koncernom. W każdym razie omawiana grypa nas nie zdziesiątkowała, nie ulega jednak dla mnie wątpliwości, że na budżecie niejednego państwa odbiła się ona świńską czkawką.


Świnie (te prawdziwe), nie poszły pod nóż śladem swych nieszczęsnych poprzedników - najpierw rogacizny a potem drobiu i nie przeżyły swego własnego, małego holocaustu. Tym razem jednak farmerzy, producenci wieprzowiny, nie stali się beneficjentami paniki i nie zarobili na odszkodowaniach za masową rzeź nadwyżki produkcyjnej. WHO, dotychczas poważna instytucja o zasięgu globalnym ośmieszyła się i skompromitowała wchodząc w buty lobbysty i rzecznika przemysłu farmaceutycznego, ogłaszając pandemię. Media dostały żółtą kartkę za bezmyślne eksploatowanie sensacyjnych tematów. My, odbiorcy tych sensacyjek i newsów, powinniśmy patrzeć bardziej krytycznie na to, co nam oferują dyżurne tabloidy.


Ostatecznie są  przyjemniejsze sposoby spędzania wolnego czasu, niż zastanawianie się  przy obiedzie, czy kotlet schabowy za swego życia zaszczepił się przeciw świńskiej grypie.



Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wybory w cieniu trumien.

niedziela, 09 maja 2010 13:04

Ruszyła z kopyta kampania wyborcza. To nie jest tak, jak to próbują nam wmówić media i przede wszystkim sami główni kandydaci z top listy, Komorowski z PO i Kaczyński z PiS, że nie rozgrywają tego spektaklu z wykorzystaniem żałoby. Kirem jest otoczone każde wystąpienie lub jego brak obu wspomnianych wyżej kandydatów. A w tych działaniach wspierają ich i dzielnie sekundują  media począwszy od Gazety Wyborczej i TVN na Rzeczpospitej i TVPubulicznej kończąc. Szkoda tylko, że panowie Kurski i Palikot jak na razie milczą.


Zacznę od pana Komorowskiego, bo jest niewątpliwie w trudniejszej sytuacji. Pan Marszałek Sejmu jest wdzięcznym obiektem do ataku. Choć formalnie i zgodnie z Konstytucją RP jest autentycznym spadkobiercą (patrz mój wpis "Testament") Lecha Kaczyńskiego nie ma zamiaru realizować jego wizji Polski. Będąc przeciwnikiem kary śmierci, skazałby się na śmierć polityczną odsyłając nowelę ustawy o IPN do TK. Jako marszałek Sejmu i jednocześnie kandydat do fotela prezydenckiego, czy też żyrandola mówiąc językiem jego partyjnego bossa, ma największe możliwości korzystać z mediów. Rzecz jasna wykorzystuje te możliwości, ale ich nie nadużywa. Zdarzają mu się drobne wpadki, ale w sumie sprawia wrażenie człowieka  na właściwym miejscu. I choć funkcjonariusze partyjni z PiS, zatrudnieni na kluczowych stanowiskach w Kancelarii Prezydenta przez zmarłego tragicznie Lecha Kaczyńskiego próbują wymusić na nim decyzje niezgodne z jego poglądami, powołując się na jakieś bliżej nieokreślone "dziedzictwo" po poprzedniku, nie pozwolił się zaszantażować niepisanym testamentem. Jednocześnie dał do zrozumienia, że szanuje decyzje zmarłego prezydenta, wręczając podpisane przez niego nominacje sędziowskie. Robi też zalotne gesty w kierunku elektoratu lewicowego, co widać po zabraniu Generała na pokład samolotu lecącego do Moskwy na obchody rocznicy zakończenia II Wojny Światowej. Co prawda L. Kaczyński też nie wykluczał takiej możliwości, lecz robił to w tak obraźliwym tonie, że było bardziej niż prawdopodobne, że Jaruzelski nie skorzysta z "uprzejmości" Głowy Państwa.


Z drugiej strony o ten sam fotel ubiega się kandydat PiS-u, Jarosław Kaczyński. Wbrew dotychczasowym praktykom za jego kampanię nie odpowiadają tym razem tradycyjni spin doktorzy - Bielan i Kamiński, lecz Kluzik-Rostkowska i Poncyliusz. Ich zadaniem jest ocieplenie wizerunku szefa i pokazanie go w lepszym świetle. Nie wiem na ile to świadomy wybór, że Kaczyński w zasadzie milczy. Jedynie Wydał krótkie oświadczenie o kandydowaniu i drugi raz dziękując za 1.700.000 podpisów poparcia na listach. Szkoda tylko, że nie powiedział przy okazji, że tak naprawdę te podpisy były kupione za zdjęcia zmarłej prezydenckiej pary. A to czysta gra żałobą i emocjami. Już w tym pierwszym oświadczeniu pojawiły się znane od dawna tony, dzielące społeczeństwo na Prawych Patriotów popierających jedynie słuszną ideę IV RP i całą resztę. Znów postawiono nas, patrzących w przyszłość a nie na przeszłe groby i traumy, po stronie ZOMO. Ta retoryka wraca, choć jej twórca jak na razie milczy. W tym samym dokumencie była mowa o dziedzictwie, kontynuowaniu dzieła, tylko nie wiadomo jakiego.  Milczenie głównego aktora w tym przedstawieniu ma uśpić naszą czujność. Za to oglądając zbolałą twarz mamy uwierzyć, że on się zmienił. Ale za tą fasadą widzę stare zdjęcia prasowe ukazujące zacięte oblicze i słyszę słowa, że nikt temu panu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarnym.


Na szczęście, nie dają zapomnieć nie tak dawnej przeszłości ludzie z otoczenia prezesa. Żonglują trumnami i smoleńską tragedią bez żenady niemal od samego początku, gdy minął pierwszy szok po katastrofie. Pierwszy dał głos pan Krasnodębski na łamach "Rzepy"  w swym obraźliwym tekście o pogardzie. Z kolei duet Stankiewicz/Pospieszalski nad trumnami sklecił zmanipulowany "dokument" naszpikowany tezami o spiskach i wręcż oskarżający Rosjan i premiera Tuska o spowodowanie katastrofy. Śmieszne tezy o sztucznym wywołaniu mgły, wytworzeniu jakiegoś bliżej nieokreślonego pola magnetycznego zakłócającego elektronikę na pokładzie samolotu wywołują uśmiech politowania na twarzy. Ale wielu, wydawałoby się rozsądnych ludzi, kupuje te bzdury potwierdzając słowa Kurskiego o "ciemnym ludzie". TVP 1 dzielnie sekundują media Rydzyka i inne głosy z okolic ambony. Tworzy się mit o męczeńskiej śmierci porównując Smoleńsk z Katyniem. Między tymi wydarzeniami, które oddziela 70 lat nie ma wspólnego mianownika - czym innym jest zbrodnia dokonana przez bestialski system, a czym innym tragiczna co prawda w skutkach, ale jednak dość pospolita śmierć w katastrofie komunikacyjnej, do jakich co jakiś czas dochodzi.


Nic więc dziwnego, że próbuje się budować legendę mitologizując osobę zmarłego prezydenta. Stąd obok powtarzanego od lat określenia "Kłamstwo Katyńskie" zaczyna funkcjonować jako równorzędne "Kłamstwo Smoleńskie". Budowa mitu zaczęła się od Wawelu, pokazując nam, maluczkim, jak wielkim człowiekiem był zmarły. I tu pierwszy zgrzyt. Początkowy zamiar pochowania pary prezydenckiej w Krypcie obok Marszałka nie wypalił i w konsekwencji sarkofag stanął w przedsionku. Jakby sugerując, że Ta Para nie jest godna królów i wieszczów. Zresztą sama decyzja tego pochówku jest traktowana jakby wstydliwie, bo okazuje się, że nikt nie chce  wziąć na siebie odpowiedzialności za nią. Dlatego należy wykorzystać temat, póki jest jeszcze ciepły, gdy ciągle na fali współczucia i litości można nadal ugrać kilka głosów. Sądzę, że czym bliżej będzie do samych wyborów, tym więcej będzie odwołań do 10 kwietnia. Bo każdy dzień  oddala nas od tamtych wydarzeń, a życie toczy się dalej i ludzie mają  dość własnych zmartwień, by bez końca roztrząsać narodowe traumy.


Ani Komorowski, ani Kaczyński nie są moimi ulubieńcami. Na żadnego z nich nie będę głosował w pierwszej turze. Obaj są politykami konserwatywnymi, choć ten pierwszy nieco mniej zapatrzony do tyłu i bardziej otwarty na teraźniejszość i przyszłość. Kaczyński żyje niemal wyłącznie przeszłością i na niej buduje swoją wizję Polski. Jeśli wybiega myślą w przyszłość, to jedynie zastanawiając się, czy i jak długo będzie rządził. Dotychczasowa kampania wyborcza, jak wszystkie poprzednie od 2005 roku, prowadzona jest pod dyktando dwóch prawicowych partii. Media mainstreamu nie są w tym względzie bez winy, bo to przecież one promują zarówno PO jak i PiS. Za to z uporem maniaka marginalizują lewicę, a jeśli już znajdzie  się ona na pierwszych stronach, to w negatywnym najczęściej kontekście. W moim odczuciu nigdy dla jednej partii prawicowej alternatywą nie będzie inna tego typu formacja. W zasadniczych, programowych aspektach polityki ich cele będą podobne, co zresztą widać po głosowaniach PO gdy ta była w opozycji, jak  PiS-u w obecnej kadencji. W żywotnym interesie naszego kraju leży, by lewica odbudowała swój potencjał, bo tylko rzeczywista opozycja może zmusić pięknoduchów na rządowych stołkach do wykonywania  swych zobowiązań wobec społeczeństwa, zamiast przeglądania się w sondażowych słupkach medialnych lusterek.


Nie pytajmy polityków zapatrzonych w kruchtę o ich stosunek do aborcji, eutanazji i matury z religii, lecz co mają zamiar zrobić z reformą finansów publicznych, służby zdrowia, edukacji. Co proponują w sprawie warunków ułatwiających tworzenie nowych miejsc pracy i ograniczanie bezrobocia, obniżanie kosztów pracy - to są prawdziwe wyzwania stojące przed rządzącymi, a nie to, kto z kim i w którym rzędzie siedzi w kościele na pogrzebie prezydenta.



Podziel się:

komentarze (7) | dodaj komentarz

Testament.

sobota, 01 maja 2010 19:39

Od momentu podpisania przez marszałka Sejmu, p.o. Prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego, noweli ustawy o IPN ze zdumieniem obserwuje dyskusje, zwłaszcza w wykonaniu polityków i komentatorów ze środowiska okołoPiS-owskiego. Wiedziałem, że są to kręgi zorientowane na politykę historyczną, nie sądziłem jednak, że ich zapędy sięgają średniowiecza. Dotychczas cofali ustrój naszego państwa do XIX wieku sytuując idee pseudo-prawicowe w tamtych uwarunkowaniach geopolitycznych, nieprzystających do współczesności. To wszystko było podlane sosem patriotyzmu opartego na klęskach i trumnach, w myśl odwiecznej,  polskiej zasady, że na grobach i trupach można budować wizję Polski XXI wieku.


Zarzuca się Komorowskiemu, że podpisał nowelę lekceważąc "testament" zmarłego prezydenta. Podobno ten ostatni życzył sobie, by skierować ją do TK w celu uznania zasadności i konstytucyjności tego aktu legislacyjnego. Jednocześnie zwolennicy testamentowej formy ustrojowej zapominają, że jedynym testamentem obowiązującym przejmującego obowiązki głowy państwa jest Konstytucja RP z 1997 roku, dotąd, o ile sobie przypominam, jeszcze w tym względzie nie zmieniona. I tajemnicą Poliszynela jest, że nie ma tam  ani słowa zapisau, że przejmujący te obowiązki Marszałek Sejmu ma się kierować ostatnią wolą swego poprzednika, nawet tak tragicznie, by nie powiedzieć (jak chcą niektórzy) "bohatersko i męczeńsko" zeszłego ze sceny politycznej. Gdyby więc postąpił zgodnie z tymi zachciankami, posstawiłby pod znakiem zapytania swoje kompetencje i przede wszystkim sumienie.


Jak wiadomo, pan Komorowski, jako poseł na Sejm głosował za nowelizacją omawianej ustawy i w tamtych warunkach nie miał wątpliwości co do słuszności swego wyboru. Nie miał ich też w chwili podpisywania. Gdyby takowe miał dowiódłby, że jest co najmniej nierozgarnięty, bo nie wiedział co popiera, a przez to, że miejsce w parlamencie zajmuje przez pomyłkę, nie mówiąc już, że zajmowane przez niego stanowisko to jedno wielkie nieporozumienie.  Na koniec wysłałby swym wyborcom sygnał, że nie dorósł do urzędu, o który sie ubiega. Jak na razie, to tylko prezydent Kaczyński był zdolny do kontestowania wynegocjowanego przez siebie Traktatu Lizbońskiego. Tym, którzy zapomnieli o tym, przypominam, że  prezydent PiS-u, dla niepoznaki zwany prezydentem Polski, miał ogromne kłopoty z ratyfikowaniem swego wielkiego sukcesu.


Ktoś może zapytać, co z tym wszystkim ma wspólnego wspomniane na wstępie średniowiecze. Otóż w tamtych czasach, za Polski Piastów, nasz kraj był monarchią patrymonialną. Termin ten oznacza, że ziemie, którymi władał monarcha były jego prywatną własnością, można powiedzieć prywatnym folwarkiem, a jego następca, przynajmniej na początku swego panowania wykonywał jego ostatnią wolę zapisaną w testamencie. Dziś na szczęście obowiązują inne zasady i prezydent zmarły nawet tak "piękną" śmiercią nie może narzucić swemu następcy swojej wizji Polski. Jestem przekonany, że gdyby mógł, już dawno by wyznaczył swym  następcą brata i swoich potomków, przez co wybawiłby nas, wyborców, z kłopotu trudzenia się do urn zapewniając krajowi dziedziczną, permanentną prezydenturę światłej dynastii K.


Na szczęście mamy XXI wiek i patrymonium zostawmy historykom. Wykonywaniem spisanego czy domniemanego testamentu niech zajmie się rodzina i prawnicy zmarłego, a wykonywanie konstytucyjnych obowiązków zostawią uprawnionym do tego żywym delegowanym przez najwyższy akt prawny naszego państwa. Ja ze swej strony wolę by Polska nie była rządzona zza grobu, i myślę, że nie jestem w moich pragnieniach odosobniony.



Podziel się:

komentarze (3) | dodaj komentarz

 123456789  »

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 31 lipca 2010

Licznik odwiedzin:  137 976

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tape...

więcej...

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tapetę" wziąłem "Wielką włóczęgę", czyli początek największej przygody mego życia, która trwa do dziś. Przypadek(?) sprawił, że nawet tu kolejność poszczególnych wpisów nie pokrywa się z chronologią zdarzeń, co dodatkowo uzasadnia nazwę kategorii.

schowaj...

O mnie

To ja.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.06.2010 9:06:32
  • autor: Wawa1943
  • treść: Trafiłam przypadkiem...

Statystyki

Odwiedziny: 137976
Wpisy
  • liczba: 82
  • komentarze: 620
Galerie
  • liczba zdjęć: 42
  • komentarze: 3
Księga gości: 14
Punkty konkursowe: 0