Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 278 108 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


„ …że i przed szkodą, i po szkodzie…”

sobota, 08 września 2012 0:10

 

Nie wiem, czy jest wielu gimnazjalistów czy licealistów, którzy potrafiliby prawidłowo zlokalizować cytat zawarty w tytule, w polskiej literaturze. Jednak ludzie, pobierających nauki jeszcze w szkołach sprzed eksperymentów rządu AWS/UW, zwanych szumnie reformą szkolnictwa, powinni mieć z tyłu głowy ten piękny morał zwerbalizowany przez Mistrza z Czarnolasu. Od ponad dwudziestu lat niemal co roku spotykamy się z różnego typu przekrętami, poczynając od oszustów zwanych szumnie „przedsiębiorcami z branży turystycznej”, kończąc na aferzystach tworzących piramidy finansowe niepewnego autoramentu.

 

Na wstępie przemian ustrojowych, w początkach lat 90-tych ubiegłego wieku „furorą” w finansach zrobił niejaki Grobelny, który „uszczęśliwił” tysiące Polaków, oferując  „Bezpieczną” Kasę Oszczędności, Czy głupcy, lokujący we wpóczesny Amber Gold nie wyciągnęli do dziś wnisków z tamtego przekrętu, I wraca jak bumerang pytanie Kochanowskiego „”ze i po szkodzie…” Chwilę później na scenie pojawił się bodajże Glapiński, weteran „S” (ależ ta litera „G” jest gówniana) rozlokował na wszystkich granicach RP swoje kantory i rżnął Polaków, i przy okazji Skarb Państwa na miliony. Z naszych poodatów i onoszczędności..

 

Niemal każdego roku dziesiątki tzw. biur podróży plajtuje, czego apogeum nadeszło tego lata. Czy durnie chcący spędzić za grosze wczasy na antypodach nie zasługują  na wniosek, że są „ i po szkodzie”?

 

Dopchodże, niestety, do pesymistycznego  wniosku: Polak prze szkodą, i po szkodzie głupi.

 

Tylko ptanie: kiedy tej przywary się pozbędziemy.


Podziel się

komentarze (10) | dodaj komentarz

mój pierwszr raz

czwartek, 17 maja 2012 16:44

Jak już pisałem wcześniej, postanowiłem  podzielić się moimi doświadczeniami szpitalnymi. Zacząłem niemal od końca, czyli w pobycie w szpitalu w Edynburgu. Teraz chciałbym wrócić do mojego „pierwszego razu”, a było to w końcówce lat 70-tych ub.  Wieku.

 

Była późna noc, gdzieś tak między godziną 3 a 4 i wracałem z zakrapianej imprezy. Jeśli ktoś pamięta tamte lata, a w dodatku dosyć dobrze zna Sopot, pewnie przypomina sobie, że na Osiedlu Mickiewicza była mała restauracyjka o nazwie „Litwos” (tak na marginesie, Litwos to pseudonim artystyczny Sienkiewicza), Dla zasady napiszę, że „Litwos” był ulubioną knajpką  polskich celebrytów PRL-u (Rodowicz, Sipińska, Krajewski, Borys,,,, że nie wymienię innych nazwisk), bo Osiedle Mickiewicza, obok Grand Hotelu, było ulubionym miejscem kwaterowania polskich „gwiazd” tamtych lat.

 

Tak więc wsiadłem sobie w środku nocy do taksówki i postanowiłem wracać do domu w Gdyni Chylonią. Niestety, między Radłowem a Wzgórzem Nawrotki (dziś jakiegoś księdza, bodajże Św. Maksymiliana), złotówa spowodował kraksę i w konsekwencji trafiłem do Szpitala Morskiego w Gdyni. Na oddział chirurgiczny. Potem obudziłem się z letargu na stole operacyjnym, kiedy lekarz lub pielęgniarz sytał nade mną z brzytwą. Prosta czynność, wygolenie włosów na głowie, by przeprowadzić zabieg. Bardzo prosty, bo założenie sześciu szwów na ranę ciętą głowy. Jak mi potem w śledztwie wyjaśnił milicjant prowadzący tą sprawę, mój wypadek mógłby się skończyć na stole patologa medycyny sądowej ,a nie chirurga w szpitalu publicznym. Po prostu takie uderzenie w skroń byłoby śmiertelne.

 

Następnego dnia obudziłem się w pokoju dwuosobowym, gdzie obok mnie leżał pacjent z wypadku, w którym doznał poważnych, między strzaskaną miednicą, nie licząc poważnych obrażeń głowy, kończąc na rozległych uszkodzeniach narządów wewnętrznych. Proszę mi wybaczyć, ale nie widziałem powodu, by na jednej Sali umieszczać kogoś z dr0bną kontuzją i w stanie agonalnym. Ą widziałem rozpacz żony i dzieci który konał na moich oczach. Na szczęście nie widziałem jego zgonu, bo jeszcze tego dnia przeniesiono mnie na salę ogólną

 

I tu zaczyna się cały urok szpitalnych doświadczeń. Obok faktycznych tragedii, dramatów ludzkich, jest niesamowite poczucie humoru. Tak, tak, na chirurgii też można się śmiać.

 

Na moim oddziale leżał pacjent (którego imienia nie pamiętam) bardzo otyły, który obok standardowych posiłków szpitalnych, ciągle robił sobie w przyoddziałowej kuchni potrawki z kaczki. Bez przerwy kłócił się o to z pielęgniarkami i salowymi.

 

I mam tu jeszcze jeden przykład. To zbyt wielki upływ czasu,, by powoływać się na personalia. Faktem jest jednak, że facet, pijak, rzucił się,. by wyciągnąć z płonącego auta kierowcę….A jego wygląd był naprawdę makabryczny. Spalona twarz i klatka piersiowa. A Mimo wszystko humor odpowiadał.

 

 

 

Mam polityczne, pytanie do siebie, mimo, że minęło tyle lat: Czy byłbym w stanie Tak bardzo poświęcić się dla innego człowieka?

 

Nie wiem, i nie chciałbym przed podobnym dylematem siebie i stawiać innych ludzi.

 


Podziel się

komentarze (13) | dodaj komentarz

Moje szpitalne doświadczenia.

piątek, 27 kwietnia 2012 19:56

Miałem zamiar w tej notce napisać o moim pierwszym kontakcie ze szpitalem, co miało miejsce pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, o  czym wspomniałem na zakończenie poprzedniego wpisu. Postanowiłem jednak zmienić zdanie, ponieważ mój ostatni pobyt w szpitalu jest najświeższy w pamięci. Ponadto jest to materiał do porównań działalności tych instytucji w III RP i UK, a konkretnie w Szkocji.. Nieprzypadkowo podkreślam Szkocję, gdyż pomijając przysłowiowe „skąpstwo” Szkotów, jest to jedyny kraj w Zjednoczonym Królestwie, gdzie leki wypisane na receptę są realizowane bezpłatnie*, niezależnie od stopnia zamożności pacjenta.

 

Wracam jednak do tematu  „szpital.”.

 

W poprzedniej notce napisałem, że trzeciego dnia urlopu poczułem niepokojące objawy, które mylnie sugerowały zawał serca. Prawda jednak była nieco inna. Już pierwszego dnia urlopu  czułem się osłabiony, ale dopiero trzeciego stan osłabienia osiągnął apogeum, co skutkowało wezwaniem ambulansu. Rzecz jasna niemal całą noc przeleżałem na OIOM-ie, kiedy to przeprowadzano wszelkie wstępne badania. Dopiero po przeniesieniu na oddział, po lunchu, zrobiono mi szczegółowe badania przy użyciu tomografu. (Nie wspominałem wcześniej o EKG i USG, bo to zrobiono na OIOM-ie, nie licząc innych standardowych badań w takich sytuacjach.)

 

Tomografia wykazała dwie skrajnie negatywne diagnozy i jedną pozytywną. Zacznę od tej dobrej. Serce mam w idealnym stanie, tak samo jak naczynia wieńcowe (nie licząc jednej z mniej ważnych żył nieco zwężonych). Za to te negatywne diagnozy zwaliłyby z nóg człowieka o słabej psychice. Po pierwsze, w dolnych partiach lewego płuca wykryto krwotok, czyli mówiąc językiem potocznym, początkowe stadium zapalenia płuc. Rzecz jasna, od razu zaaplikowano mi kurację antybiotykową i dzisiaj po tej infekcji zostało jedynie wspomnienie. Dodam tylko, że gdybym, według mego lekarza rodzinnego trafił do szpitala dzień lub dwa później, stan byłby bardziej poważny.

 

Najbardziej złowrogi był trzeci wynik tomografii. Na prawym płucu wykryto dwa guzy. Cancer. Rak.  Słowo tumor (guz) na płucu jest dla mnie równoznaczny ze złowrogim rakiem, biorąc pod uwagę ponad 40 lat palenia papierosów (zacząłem palić nałogowo mając 10 lat, dziś mam 54). A jednak i tu jest optymistyczny akcent:, oba guzy są w stanie początkowym, są niewielkie. I nie wiadomo czy w tym przypadku zachodzi ryzyko raka, ale to zostanie stwierdzone po wprowadzeniu kamery do płuc i pobraniu próbek guzów (biopsja). Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że każde obce ciało w organizmie, nawet najbardziej „niewinne” jakim jest guz na jakimkolwiek organie, w każdej chwili może zmienić się w nowotwór.. To nie połowa ubiegłego wieku, gdy słowo rak oznaczało wyrok śmierci.

 

Mam nadzieję.

 

Leżałem w dniach od 5 do 11 kwietnia w szpitalu. Ani razu nie byłem pozbawiony opieki. Cały czas do mojej dyspozycji była pielęgniarka. Na każde moje życzenie  (żądanie) przychodził do mnie dyżurny lekarz. I co najważniejsze, leki, którymi mnie leczono, po wyjściu ze szpitala oddano do mojej dyspozycji (wg zaleceń), za wyjątkiem antybiotyków, które miałem przyjmować pod nadzorem lekarza lub pielęgniarki..

 

W odróżnieniu od Polskiej  Służby Zdrowia średni personel medyczny, a nawet ten najwyższy jest do mojej dyspozycji, bo to ja jestem podmiotem jego funkcjonowania. To pacjent jest istotą istnienia „pana dochtóra” , a nie na odwrót..

 

Potem napiszę jak moja mama umierała w w polskim szpitalu.  Jak mój młodszy brat w wieku 48 lat żegnał się z tym światem, pozbawiony jednej nogi. Gdy lalkarz, polak pracujący w edynburskim szpitalu, po zapoznaniu się z jago historią choroby stwierdził, że tu nie tylko by nie został okaleczony przez amputację kończyny, ale nawet jego choroba wieńcowa byłaby do wyleczenia.

 

Tymczasem jego  przedwczesna śmierć została opłacona łapówką w wysokości 30000 (trzydzieści tysięcy złotych).

 

Jakże jestem szczęśliwy, że na tak groźne (a przynajmniej wyglądające na groźne) choroby, żyć mi przyszło w kraju naprawdę cywilizowanym.

 

 

*Od prawie 2 lat choruję na nadczynność tarczycy Za lek na tą dozgonną dolegliwość (tyroksynę/levotyroksynę) do dnia dzisiejszego nie zapłaciłem ani jednego pensa.. Mało, kiedy kończy mi się lek, idę do przychodni i bez zabierania niepotrzebnie czasu doktorowi, następnego dnia odbieram receptę w  recepcji. A w aptece realizuję ją za darmo. Czyż muszę mówić, że zdrowy człowiek jest „tańszy” w utrzymaniu niż permanentnie chory?

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Coś o szpitalach

sobota, 14 kwietnia 2012 11:46

Ten tekst jest wstępem, zapowiedzią kilkuodcinkowego cyklu. Choć pozornie nie będę pisał o polityce, to nie da się w tym cyklu od niej uciec.

 

Dobiegają końca ferie Świąt Wielkiej Nocy, angielska zwane Easter  Holliday. Odkąd pracuję w przedszkolu w Edynburgu, czyli blisko 7 lat, pełną piersią korzystałem ze wszystkich Holliday’s, a jest tego niemało w brytyjskim kalendarzu urlopowym.. W zależności od roku jest to od 13 do 14 tygodni. Niestety, ten okres od 1 do 16 kwietnia nie należy do najbardziej udanych. Powiem więcej, był to czas wręcz fatalny dla mnie. Już trzeciego dnia urlopu poczułem się źle, odczuwałem bóle w okolicy serca i ból lewej ręki od ramienia po końcówki palców. Podejrzewałem zawał i wezwałem pogotowie. Późnym wieczorem trafiłem do szpitala.

 

Nie będę w tej notce opisywał co u mnie stwierdzono, bo jest to wstępny tekst na temat moich szpitalnych peregrynacji. Kilkakrotnie w swym życiu korzystałem z zamkniętej służby zdrowia – dokładnie 3 razy, w tym dwa razy w Polsce w czasach PRL-u – ale także kilka razy korzystałem z usług ambulatoryjnych na ostrych dyżurach. Obecny, tygodniowy pobyt w szpitalu pozwolił mi zastanowić się nad działalnością tego rodzaju usług medycznych w kraju, jak i na emigracji.

 

Choć najświeższe wspomnienia związane są z moją obecną sytuacją zdrowotną, nie zacznę od tego przypadku. Będę opisywał w kolejnych postach chronologicznie moje kolejne pobyty w szpitalach, a na zakończenie napiszę o moich sporadycznych kontaktach ze szpitalami zarówno w Polsce jak i UK. Porównania są szokujące i to na niekorzyść III RP, bo nawet komfort pobytu w szpitalach czasów PRL był wyższy (a wtedy technika medyczna stała na nieporównanie niższym poziomie), nie wspominając już o poziomie lecznictwa w Szkocji i UK w ogóle.

 

W kolejnym wpisie opowiem o swoim pierwszym kontakcie ze szpitalną służbą zdrowia.

 

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Politycy i konowały.

wtorek, 03 stycznia 2012 21:27

Który to już z kolei raz rozpoczyna się w Polsce rok, naznaczony przepychankami wokół służby zdrowia? Do tej pory osławiony „koszyk” wywoływał co prawda ożywioną dyskusję, lecz pacjent, idąc do apteki 1 czy 2 stycznia, bez trudu realizował receptę. To już jednak historia. Teraz przyszedł czas na histerię. Inaczej nie można nazwać tego, co robią lekarze, pigularze, rząd i opozycja, nie wyłączając mediów. A wszystko z ustami pełnymi frazesów o dobru pacjenta. Jak na razie, jedynymi beneficjentami tej sytuacji są wytwórcy pieczątek. W ich branży hitem ostatnich dni są stemple o treści „REFUNDACJA DO DECYZJI NFZ”. Na swój kawałek tego skażonego ludzkim nieszczęściem „tortu” załapały się rzecz jasna także media.

 

Od samego początku, kiedy tylko ta ustawa powstała, a nawet w trakcie jej procedowania, wiadomo było, że to niesamowity bubel. Najlepiej wie o tym sam pan minister Bartosz Arłukowicz, który nie pozostawił na niej suchej nitki, no ale wtedy był „tylko” opozycyjnym posłem z SLD. Dziś jest w tym głupszej sytuacji, że nie może zrzucić winy na poprzedni rząd, bo raz – sam zasiadał w jego ławach po rejteradzie z poprzedniej partii, która zapewniła mu mandat poselski, a dwa - głupio obciążać winą kobietę, koleżankę (także po fachu) spod obecnych, platformerskich, sztandarów, dziś marszałek Sejmu - Ewę Kopacz. Musi robić dobrą minę do złej gry i firmować swoim nazwiskiem zgniłe śliwki w kompocie, które odziedziczył po pupilce premiera Tuska.

 

Premier nie jest głupi i zdawał sobie sprawę, że na przełomie roku będzie chryja, dlatego rzucił pani minister tratwę ratunkową w postaci laski marszałkowskiej.  A na podminowany fotel posadził „Nowego” (do niedawna „komucha”, teraz „liberała”), niech ten się użera z pretensjami - od pacjentów zaczynając, kończąc na lekarzach. Jak się nie uda wyjść z twarzą (o ile można mówić o czymś takim jak „twarz” w tych warunkach), to się zrzuci winę na obecnego włodarza Ministerstwa Zdrowia. Wiadomo, niepewne pochodzenie, zabarwione czerwienią. Położenie ministra Arłukowicza przypomina rekruta w gangu. Każe mu się wykonać brudną robotę, by się sprawdził i potwierdził wierność nowym szefom. Jak się nie uda, to niewielka strata – w końcu to Obcy. Ważne, że nikt ze swoich nie ucierpi, a zwłaszcza Ta, Która Napaskudziła.

 

Dziś nasz dzielny minister stoi w obliczu wotum nieufności, jakie szykuje PiS. Nic to, że nie zawinił, ważne, że pani marszałek Kopacz będzie musiała przyjąć ten dokument i nadać mu bieg. To jedna z nielicznych inicjatyw poselskich, której nie może włożyć do „marszałkowskiej zamrażarki”. Ciekawi mnie tylko, czy sama poprowadzi ten punkt programu Cyrku na Wiejskiej, czy też zleci to zadanie któremuś z wice. A jeśli tak, to któremu? I czy wtedy będzie na sali plenarnej, gdy któryś z zastępców zajmie fotel Marszałka? Tak czy siak, zabawa będzie przednia, a co sobie pisiaki naużywają na pani Marszałek, to ich. Bo tak naprawdę to wotum będzie przeciwko niej.

 

Pana Bartosza absolutnie mi nie żal. Za zaszczyty trzeba płacić, zwłaszcza gdy się wybrało drogę politycznej dziwki. Prędzej czy później premier bez żalu go poświęci (czytaj: da kopa, i to na pewno nie w górę), jeśli uzna, że to mu się opłaci, choćby dla słupków sondażowych, zwłaszcza, że jest obcy w tym towarzystwie. Już nie raz dał temu wyraz rugując z pierwszej linii najbliższych współpracowników; wystarczy przypomnieć panów Schetynę czy Ćwiąkalskiego. A przecież to byli swoi.

 

Szkoda jedynie, że ofiarami tych podłych, politycznych rozgrywek i podchodów są niewinni, bezbronni, chorzy ludzie.

 

 


Podziel się

komentarze (12) | dodaj komentarz

Sylwester, zakazy i kask.

niedziela, 01 stycznia 2012 15:55

W Noworoczny poranek miałem przyjemność słuchać radia TOK FM. W audycji dominował temat, jak spędzano tą wesołą noc w różnych stolicach europejskich. Wypowiedzi korespondentów różnych redakcji były w zasadzie standardowe, ot, zwyczajowe ble, ble, ble. Ale w tym jakże ciekawym i przewidywalnym słowotoku, obecnym jak co roku w mediach wyłowiłem kilka ciekawych  perełek. Były nimi słowa płynące kolejno z Rzymu, Wilna i Paryża. Zacznę jednak od środka.

 

Wileńską korespondentkę trudno było zrozumieć. Mówiła powoli, starannie dobierając słowa, co sprawiało wrażenie, że albo cierpi na syndrom dnia następnego, albo została wyrwana ze snu telefonem z redakcji wspomnianego radia. Szczerze wierzę, że to ten drugi powód. Każdy w końcu ma prawo do zmęczenia, zwłaszcza gdy praca wiąże się z wielogodzinną włóczęgą po ulicach rozbawionego miasta. A nie śmiem nawet myśleć, by ta zacna dama w pracy spożywała promile. (W końcu to nie pani redaktor Agata Młynarska, która swego czasu na antenie TVP  witała Nowy Rok w więcej niż szampańskim humorze.) Moja wiara w tej materii jest oparta na solidnych postawach. Prowadzący program zadał podchwytliwe pytanie, czy balowicze skakali do zimnych wód Bajkału, a Ona wykazała się refleksem i ominęła pułapkę oznajmiając wszem i wobec, że Bajkał znajduje się jednak ładnych parę kilometrów od granic Litwy. A tak w ogóle, to teraz w Wilnie jest całkiem ciepło – poinformowała pani redaktor. Tak więc podejrzenie o wspomnianym syndromie należy kategorycznie odrzucić.

 

Zatem przenoszę się  w cieplejsze rejony kontynentu, nad Tybr i Morze Śródziemne. Korespondent „Rzepy” z Rzymu na początku mówił to wszystko to, co inni, czyli jak się bawiono, jakie gwiazdy występowały, na pytanie, czy zażywano kąpieli w fontannach nie umiał odpowiedzieć… itd., itp. Dalej było o petardach. Usłyszałem, że Włosi to bardzo wesoły naród, który wita nadchodzący Nowy Rok już od wczesnych godzin wieczornych petardami. Kanonada trwa do samego rana, co jest uciążliwe i stresujące dla mieszkańców i ich czworonożnych pupili. Władze, służby porządkowe, policja od lat nie mogą sobie poradzić z tym problemem. Tak na marginesie, to nie tylko włoski problem, bo dotyczy wszystkich na całym świecie.

 

Mówiąc o petardach (i to tych najmocniejszych, wytwarzanych w nielegalnych wytwórniach, a więc najbardziej niebezpiecznych) dodał, że w czterech wielkich gminach, m. in. w Turynie, że ich władze wydały zakaz takich zabaw na tą skale. Nie omieszkał przy okazji zaznaczyć, że Włosi, podobnie jak my, Polacy, mają w głębokim poważaniu wszelkie zakazy. Dlatego władze tych gmin ośmieszyły się taką uchwałą na zakończenie roku, bo jest ona nie do wyegzekwowania. Podzielam tą konkluzję. A raczej podzielałem, bo…

 

Na zakończenie swych wypowiedzi, w nawiązaniu do uchwał czterech gmin dodał, że gdy wprowadzano w kodeksie drogowym nakaz zapinania pasów bezpieczeństwa, były w tej kwestii ogromne opory społeczne. Ale to normalne, tak było wszędzie, również w Polsce. Każdy nowy obowiązek, ograniczający „swobody obywatelskie”, wywołuje opór „materii”. Dziś, po latach nikt nie miga się od tego, a kierowca i pasażerowie to znikomy margines. Za to pan redaktor coraz, częściej widuje kierowców wsiadających do samochodów w kaskach, dodatkowo zabezpieczających przed wypadkiem przede wszystkim głowę, coć  przecież nie jast to prawny wymóg.

 

Kto wie, może za kilka lat okaże się, że decyzje czterech gmin nie były takie głupie” i władze wcale się nie ośmieszyły?

 

Na zakończenie kilka słów o Paryżu. Korespondent ze stolicy Francji powiedział, że po raz pierwszy od wielu lat, w ostatnią noc Starego Roku, samochody nie służyły balującym na ulicach Francuzom za fajerwerki. 

 

P.s. We wszystkich korespondencjach, których udało mi się wysłuchać, wszyscy zgodnie mówili, że podczas Nocy Sylwestrowej nie było widać oznak kryzysu, a zarówno władze jak i ludzie wydali dużo więcej pieniędzy, niż rok wcześniej. Na pohybel Kryzysowi.

 

WSZYSTKIM CZYTELNIKOM

MEGO BLOGA

 

ŻYCZĘ

 

SZCZĘŚLIWEGO

NOWEGO ROKU

 

ORAZ TEGO,

BY

NAJLEPSZY DZIEŃ MINIONEGO ROKU,

BYŁ

NAJGORSZYM DNIEM TEGO,

KTÓRY NASTAŁ.

 

LOTHIAN


 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Prawy do lewego.

sobota, 17 grudnia 2011 19:33

Dziwna jest polska scena polityczna. Lewica, prawica, centrum – żadna z tych opcji nie jest tym, za co się podaje. Pomijam tu fakt, że w XXI wieku takie podziały polityczne, rodem z XIX czy choćby jeszcze z XX stulecia są anachroniczne i nieprzystające do współczesnej rzeczywistości. Ale nawet stosując te przestarzałe definicje, nic z tego wszystkiego nie pasuje w Polsce do utrwalonych przez tradycję europejską wzorców. W dalszej części postaram się przedstawić mój punkt widzenia na uczestników wesołych harców  w okrągłym cyrku na Wiejskiej.

 

PRAWICA.

 

Ta opcja jest w reprezentowana w Sejmie przez PiS i wypączkowany z niego PiS-bis, czyli ziobrystów z SP.  Prawica ze swej natury powinna być konserwatywna, a jej zapleczem są: kapitał i klasa średnia z jednej strony, zaś w kwestiach światopoglądowych ośrodki religijne. Tak przynajmniej jest w normalnych demokracjach. Ale polska demokracja nie jest normalna, bo nasza prawica co prawda odwołuje się do tzw. wartości chrześcijańskich i jest otoczona „opieką” Kościoła Katolickiego, ale elektoratu poszukuje w dołach społecznych, wśród lumpenproletariatu, w przeważającej części ludzi najsłabiej wykształconych i o niskim statusie społecznym. Natomiast biznes, kapitał, klasa średnia to ich wrogowie, układ, aferzyści i wykształciuchy. Słowem, szara strefa. Ich „program” to socjalno - populistyczna papka, mocno podszyta klerykalizmem. Ambona dyscyplinuje ciemny lud, wskazując na kogo głosować i dzięki temu obie strony czerpią z tego układu korzyści.

 

Trudno skojarzyć lewicowość z kruchtą, a jednak polskiej „prawicy” ta sztuka się udała. W Sejmie, przy prawej ścianie okupują więc ławy poselskie dwie partie socjalistyczno-klerykalne, dzierżąc wysoko nad głowami transparent z wielkim napisem „PRAWICA”. Mamy zatem w tym miejscu narodowych socjalistów, na każdym kroku powołujących się na Boga, Honor i Ojczyznę. W tym układzie Ojczyzna jest usytuowana gdzieś na wąziutkim marginesie a Honor jest kwiatkiem dodanym do kożucha. Dominuje Bóg.

 

LIBERAŁOWIE.

 

Całe centrum okupuje PO, de nomie partia liberalna. Tak przynajmniej wynika z „programu” partii, konsekwentnie realizowanego do 2007 roku, kiedy to Platforma zasilała szeregi opozycji. Ale już po wyborach cztery lata temu liberalizm zarówno światopoglądowy, jak i gospodarczy tego ugrupowania stał się krępującym uniformem, który posypany naftaliną wylądował w najciemniejszym kącie szafy. Z pewnością zostanie odświeżony za 4 lub (co nie daj Boże) 8 lat, gdy Donald Tusk ze swoją gromadką wróci do ław opozycyjnych. Jak na razie liniówka, JOW-y, to zbędne rekwizyty, za to podatki pośrednie (VAT, akcyza), „zgodnie” z liberalną filozofią ostro szybują w górę. To wszystko zresztą obciąży kieszeń przeciętnego Kowalskiego, bo panowie od biznesu nawet podpaski dla żon i kochanek wrzucą w koszty funkcjonowania swych firm.

 

Ewangelią liberałów są słowa: „Co nie jest prawem zabronione, to jest dozwolone”.  Liberalizm to doktryna powołująca się na szeroko rozumiane wolności w życiu gospodarczym i społecznym. Odrzuca wszelkie ideologie łącznie z religiami. Tym różni się od konserwatywnej prawicy, że widzi, jak Bóg, a raczej doktryna religijna krępuje wolność. I znów, tak jest wszędzie, tylko nie w Polsce. Tu partia „liberalna” tak naszpikowana jest klerykałami, z aktywistami Opus Dei włącznie, jak keks bakaliami. Dziwny to kraj, gdzie liberałowie podczas ślubowania w Sejmie niemal jednogłośnie odwołują się do boskiej pomocy w rzetelnym wypełnianiu swych obowiązków wobec Narodu.

 

Prawdziwą, klasyczną prawicą jest PO pod liberalnymi sztandarami. A deklarowana religijność nie przysporzy Donaldowi miłości armii Pana B., bo ta bezgranicznie kocha starego kawalera Jarosława, komunizującego socjalisty i narodowca. Ba, nie pomógł mu nawet ślub kościelny w 2005 roku, gdy porzucił grzeszny żywot po ponad 20-toletnim pożyciu z legalną żoną, ale niepełnowartościową, bo jedynie po ślubie cywilnym.

 

LEWICA.

 

W tej kategorii mamy dwa podmioty. Partia SLD, ze wszystkimi strukturami i statutem oraz pospolite ruszenie Palikota, które ni to pies, ni wydra, bo partią toto póki co  nie jest, a imię swego wodza ma wpisane w nazwę: RPP lub zamiennie RP. O ulokowaniu tej zbieraniny od Sasa do lasa po lewej stronie areny sceny politycznej zadecydowały antyklerykalizm oraz obecność w jej szeregach geja, transwestytki i feministki. To jednak chyba trochę za mało, by uznać  coś takiego za lewicę.

 

Wystarczy przyjrzeć się bliżej „lewicowości” RPP (RP) po odrzuceniu antyklerykalizmu. Już na wstępie widać, że spory odsetek posłów z tej formacji to biznesmeni, łącznie z szefem. Ciekaw jestem, ilu z nich zatrudnia pracowników na umowach śmieciowych, a być może nawet na czarno? Ilu z nich trzyma u siebie pracowników na samozatrudnieniu? Czy znajdzie się ośrodek, który zechce znaleźć odpowiedzi na te pytania? O tym, czy serca maja rzeczywiście po lewej stronie, przekonamy się, kiedy będą, jeśli w ogóle będą, głosowane ustawy propracownicze lub ograniczające wszechwładzę pracodawców. Jestem pewien, że krzywdy nie dadzą sobie zrobić, a tym bardziej sami sobie jej też nie zrobią.

 

SLD, jak nazwa sugeruje jest partią lewicową. Ale tylko z nazwy. Bliżej im do liberalnego centrum, niż do lewej ściany. Jedynie lewicowy premier miał odwagę powiedzieć powodzianom o konieczności ubezpieczenia, a nie łażenia z roszczeniami do rządzących. Za to został „zjedzony” przez media. To rząd lewicowy zapoczątkował obniżanie podatków i wprowadził w życie sztandarowy postulat liberałów: 19% podatek liniowy CIT. Za to partia „liberalna”, jak już wspomniałem, zajmowała się jedynie podnoszeniem podatków, zamiast spełnianiem obietnic wyborczych z 2007 roku.

 

Może Palikot nie wjechałby do Sejmu na antyklerykalnym koniku, gdyby lewica nie oddała tego niezagospodarowanego pola. Zbyt bojaźliwie władze SLD spoglądały na Kościół, spełniając ochoczo oczekiwania facetów w sukienkach, choć zdawały sobie sprawę, że dobrego słowa nie usłyszą, a Kościół zawsze będzie ich traktował jak wrogów. Jedna profesor Senyszyn to trochę za mało na wypełnienie zapotrzebowania społecznego na ograniczenie ambicji lobbystycznych KK. RP wygrał na tym, co spartolił SLD.

 

Ludowcy.

 

To zupełnie oddzielna klasa. Choć zawłaszczyli historyczną nazwę ruchu ludowego, nie mają nic wspólnego z dziedzictwem Wincentego Witosa. PSL to partia technokratów, której nie zależy na konstytucyjnej władzy. Im wystarczy przekroczyć próg wyborczy i zadowalają się statusem języczka u wagi. Prawdziwa władza znajduje się w terenie, w spółkach SP, Agencjach Rolnych, KRUS… Tam są pieniądze które dają władzę. Kondycja polskiego rolnictwa jest dla nich drugo- czy nawet trzeciorzędna. Ważne, by działacze i pociotki mieli dostęp do konfitur.

 

Co ciekawe, PSL jest jedyną siłą polityczną, której członkowie najdłużej zasiadają w ławach rządowych, bo aż 10 lat, a nawet mieli „zaszczyt” dzierżyć tekę premiera, choć nigdy po ’89 nie wygrali wyborów. I rządu zresztą też nie utworzyli. To partia, która pójdzie z każdym. Nie odmówili „komuchom”, teraz dzielnie maszerują z „platformersami”, a gdyby zaszła taka konieczność, to Prezesowi też nie odmówią. Czego się nie robi dla mamony? Wiadomo, chłop żywemu nie przepuści.

 

-----------

 

Na początku lat 90-tych Jarosław Kaczyński był twardym antyklerykałem. Kiedy zobaczył, że zmiana frontu o 180 stopni może przynieść korzyści polityczne, stał się gorliwym katolikiem, obrońcą tzw. wartości. Janusz Palikot do niedawna był właścicielem i wydawcą pisemka nacjonalistyczno-katolickiego, a w 2007 do poselskiego ślubowania dodał sławetne „Tak mi dopomóż Bóg”. Teraz wykonał woltę podobną do Kaczyńskiego, tylko w przeciwną stronę. O ślubie Tuska już napisałem, nie będę się powtarzał.  Miller wykazał zbytnią ufność do biskupów licząc na ich honor. Przekonał się, że naiwność w polityce to najcięższy grzech. A Pawlak? Wiadomo, Pawlak nie mruga. Dlatego z każdym mu dobrze.

 

 


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

17 Grudnia a Stan Wojenny.

piątek, 16 grudnia 2011 13:47

Tradycyjnie już, jak co roku od ponad dwudziestu lat, w pierwszej połowie grudnia, niczym bumerang wraca temat Stanu Wojennego. Gorące dyskusje toczą się w mediach, na forach internetowych i na ulicy. Większość wypowiedzi jest wyważona, odsyła tamte czasy do oceny historykom. I to jest słuszny głos, zostawmy przeszłość za sobą, bo teraz przed nami trudne dziś i niepewne jutro. Należy żyć przyszłością, a nie wywoływaniem upiorów minionego czasu. Ale to nie „mapa drogowa” ulicy, bruk ma swoją własną mapę.  Ta mała, ale hałaśliwa sitwa jest najgłośniejsza. A media, jak ćma do płonącej świecy, lezą za prezesem – bo to oglądalność,  nakład, klikalność. Ileż razy, do cholery, mamy oglądać ten sam odcinek głupawego serialu, oglądany każdego roku? Jak długo tłuszcza pod wodzą najprawszego i najsprawiedliwszego będzie nam narzucać swoje „racje”?

 

Od początku transformacji „tęgie umysły” głowią się, czy Stan Wojenny był legalny, czy nie? I czy Ruskie chcieli wejść do Polski? Odpowiedzi z reguły są negatywne – oczywiście dla twórców SW, szczególnie dla Generała.  Dlatego Wojciech Jaruzelski jest ciągany po sądach od złożenia przez niego urzędu Prezydenta, najpierw PRL, a następnie tzw. Trzeciej RP. Dlatego co roku banda patryjotów „umila” jemu i jego sąsiadom życie w nocy z 12 na 13 grudnia. Gdyby tylko mogli, chętnie zrobili by z niego liść, wprowadzając w życie hasło tak modne i nośne 30 lat temu. Jest jednak pewna nowość w tym roku. Generałowi chętnie dodano by do towarzystwa Radka Sikorskiego. Ale to taka mała dygresja, przejdźmy do tematu.

 

W dyskusjach o Stanie Wojennym ciągle mówi się o ofiarach, tysiącach aresztowanych i internowanych, o ich gehennie, martyrologii i cierpieniach za miliony. Zasłoną milczenia okryte są  dni, tygodnie, miesiące poprzedzające godzinę zero. Media pokazują z lubością czołgi, skoty i „suki” na ulicach, tłumy zomowców, milicjantów i żołnierzy przy koksownikach oraz inne tego rodzaju „scenki rodzajowe”. Na wyobraźnię działają puste półki sklepowe z osławionymi octem i musztardą jako jedyną ofertą handlową i gołe haki w sklepach mięsnych. Wyśmiewane są kartki żywnościowe, a to wszystko ma być synonimem całego PRL-u. Pomija się wstydliwym milczeniem, że kartki to jeden ze sławetnych 21 postulatów „S” spisanych na dykcie z Sierpnia ’80.

 

Dlaczego tropiciele zbrodni Generała nie pokażą kilkunastu miesięcy poprzedzających Stan Wojenny? Tysięcy zakładów pracy z zamkniętymi każdego dnia bramami z transparentem „STRAJK” i robotnikami z opaskami na rękawach pilnujących tych bram? Dlaczego nie pokażą tych taczek, na których wywożono dyrektorów i kierowników, bo podpadli jakiemuś mściwemu, lokalnemu kacykowi z nowej przewodniej siły spod znaku „S”? Dlaczego pomijają milczeniem 15 miesięcy coraz bardziej, dramatycznie załamującej się, ułomnej bo ułomnej,  ale jednak gospodarki tamtego czasu? To wszystko praprzyczyna przysłowiowego octu i pustych haków, wzmocniona embargiem nałożonym na Polskę. przez Reagana.

 

Co prawda, do czasu słynnego skoku Lecha Wałęsy polskie sklepy nie oferowały luksusów, ale zaopatrzenie nie przypominało tego z lat 80-tych. Można było kupić i mięso, i wędliny, ze słodyczami też nie było problemów. Nawet owoce cytrusowe nie były luksusem. Cytryny były w stałej ofercie, trochę gorzej było z pomarańczami. Wiem co piszę, bo zakupy robiłem głównie ja. Do dziś pamiętam ceny podstawowych produktów, które utrzymywały się na jednym poziomie od lat.

 

Ale wracam do SW i ostatnich tygodni przed jego wprowadzeniem. Miałem tą wątpliwą przyjemność słuchać pod halą sportowo – widowiskową „Oliwia” w Gdańsku najważniejszych momentów obrad I Zjazdu Solidarności. Obserwowałem wtedy  żenujący spektakl, kiedy frakcje Gwiazdy i Wałęsy dosłownie skakały sobie do oczu w czasie wyborów do władz związku. Była to jawna wojna o stołki, co z niesmakiem, delikatnie mówiąc, przyjmowaliśmy my wszyscy zgromadzeni pod halą. Solidarność w moich oczach legła w gruzach – nie tylko ta symboliczna, ale przede wszystkim ta zwykła, ludzka. (Przypominam, że  NSZZ „S” chciał pełnej transparentności, dlatego transmitowano całość obrad na zewnątrz.)  Najważniejsze jednak były niektóre uchwały zjazdu. Tzw. „List do Narodów Europy Wschodniej”* został przyjęty przez Rosjan jako prowokacja i ingerencja w wewnętrzne sprawy Związku Radzieckiego, na co Sowieci byli szczególnie uczuleni. Inna uchwała zapowiadała uroczyste obchody rocznicy Grudnia ’70 i uczczenie ofiar wydarzeń sprzed 11 lat. Im bliżej było jednak do 17 grudnia, tym bardziej dawali o sobie znać radykałowie związkowi dążący do konfrontacji. Jaki byłby skutek tych „obchodów” nietrudno przewidzieć. Dziś czcilibyśmy niejednego „Janka Wiśniewskiego”, który padł.

 

Czy Ruskie weszliby do Polski? Jak słusznie już niektórzy zauważyli, oni nie musieli tu wkraczać, oni tu byli od lat. Już co najmniej od połowy 81 roku czerwonoarmiejcy stacjonujący w Polsce mieli embargo na przepustki, oficjalnie z uwagi na ich bezpieczeństwo. Podejrzewam jednak, że w radzieckich garnizonach trwała podwyższona gotowość bojowa.  W 1981 mieszkałem w Sopocie w bloku na 6 piętrze, skąd miałem prześliczny widok na Zatokę Gdańską. Na samym początku grudnia wszystkie, albo prawie wszystkie okręty radzieckie wyszły z polskich portów, ale daleko nie odpłynęły. Część z nich zakotwiczyła tuż za wodami terytorialnymi, a sądzę, że większość „skryła się” za horyzontem. W każdym razie widok podniesionych luf na pokładach tych widzianych jednostek nie był uspokajający. Mam poważne wątpliwości, czy to oznaka zachowania neutralności wobec „bratniego” kraju.

 

Przypominam, że w 81 biuro polityczne KPZR było zaludnione betonem partyjnym, pamiętającym Budapeszt ’56 i Pragę ’68. Oni nie zawahaliby się sięgnąć do starych, sprawdzonych metod. Cieszę się, że dziś możemy jedynie gdybać: weszliby czy nie i że nie musieliśmy przekonywać się o tym na własnej skórze. Bo gdyby jednak, to ilość ofiar byłaby nieporównanie wyższa, niż ta, którą przyniósł Stan Wojenny. Zanim nastała pierestrojka, dwukrotnie po śmierci Breżniewa najwyższe stanowisko w ZSRR zajmowali rówieśnicy Leonida.. Dopiero wysoka śmiertelność ”na świeczniku” w radzieckim „domu starców” wymusiła odmłodzenie KC i wyniosła Gorbaczowa na szczyty władzy.

 

Nie da się oceniać 13 Grudnia w oderwaniu od sytuacji geopolitycznej tamtego okresu. Pokazywanie tylko jednej strony tego medalu, to jak słowa wyrwane z kontekstu. Zaciemniają obraz i zniekształcają historię. Pisze się ją na nowo, na polityczne zamówienie. A przecież już to przerabialiśmy w słusznie minionym systemie. I wygląda na to, że niczego nas to nie nauczyło.

 

Wspomniane marsze w kolejne rocznice wyciągnęły z nor spóźnionych partyzantów, którzy próbują sobie przypinać medale za zasługi, których nie było. Takich Kaczyńskich są w Polsce setki tysięcy, jeśli nie więcej. Albo chowali się u mamusi pod pierzyną, albo paskudzili w pieluchy, albo jeszcze nie byli nawet w planach, bo ich rodzice się jeszcze nie znali – dziś znają tamte czasy jedynie z opowieści dziwnych treści pisanych przez różne IPN-y i „genialnych strategów”. Pytam was, niespełnieni „bohaterowie”: gdzieście byli wtedy, w latach 80-tych, gdy odwaga była w cenie? Dlaczego nie pikietowaliście domu Generała? Komitetów partyjnych? Dlaczego nie stanęliście naprzeciw zwartych szeregów milicji, jak to robili ci, których dziś ośmielacie się stawiać w miejscu ZOMO? Swoimi „marszami niepodległości” zdradziecko, po złodziejsku odcinacie kupony od cudzych zasług. Odwaga zeszła na psy (nie ubliżając psom), dlatego drzecie po nocach mordy pod domem Generała, zakłócając ciszę nocną spokojnej na co dzień uliczki.

 

PRL jest permanentnie negowana, co nie przeszkadza sprawiedliwym moralistom powoływać się na jej konstytucję, by zgnoić i zaszczuć ostatnie chwile życia Wojciecha Jaruzelskiego. Z drugiej strony Związek Radziecki, imperium zła według Reagana,  i jego spadkobierczynię – Rosję, wiadome środowiska dawno ogłosiły jako podmiot niewiarygodny. Kiedy jednak to jest wygodne, poroniona polska „prawica” nie waha się odwoływać jak do prawdy objawionej,  do zapewnień partyjnego betonu KRZR i generalicji Armii Czerwonej, że skąd, oni nigdy nie mieli zamiaru nieść „bratniej pomocy”. A co, panie Kaczyński, panowie „historycy” z  IPN, mają się chwalić, że zamierzali rozjechać na gąsienicach czołgów całą tą „Solidarność” i przy okazji zostawić za sobą spaloną ziemię z nowymi mogiłami-symbolami polskiej martyrologii?

 

Jutro 17 grudnia 2011 roku, 41, smutna rocznica robotniczych protestów na Wybrzeżu. Czy gdyby nie było Stanu Wojennego, nie byłaby to przypadkiem podwójna rocznica splamiona krwią polskich robotników? Nie wiem i cieszę się z tej niewiedzy.

 

* ”List do narodów Europy Wschodniej”. O ile dobrze sobie przypominam, w czasie Zjazdu Solidarności ten dokument nosił tytuł: „List do narodów Związku Radzieckiego”. Podejrzewam, że zmodyfikowano ten tytuł, by nieco złagodzić jego prowokacyjny charakter. To kolejny przyczynek do zrozumienia tego, jak instrumentalnie traktowana jest historia przez kręgi postsolidarnościowe.

 


Podziel się

komentarze (6) | dodaj komentarz

Sondaż czy manipulacja?

wtorek, 13 grudnia 2011 20:28

9 grudnia rano wp.pl (godz. 10:20) opublikowała zamówiony przez siebie sondaż sporządzony przez Homo Homini. Według niego większość partii odnotowała spadki poparcia: PO 37% (-2), PiS 23% (-3), RP 10% (-1), PSL 7% (b.z.). jedynie w całym tym parlamentarnym towarzystwie SLD zanotował znaczny wzrost, bo aż o 5%, do 12.

 

Nie trzeba było długo czekać, bo już o 15:35 ten sam portal opublikował kolejny „sondaż” sporządzony przez CBOS. Co ciekawe, nie podano, kto go zamawiał  W Tym „materiale” podano jedynie, że PO zyskała 1%, PiS bez zmian a SLD stracił 2%. Co do pozostałych ugrupowań, pominięto milczeniem ich zyski lub straty. To dziwne, biorąc pod uwagę, że nigdy wcześniej nie stosowano takich praktyk, zwłaszcza, że dotyczy to połowy podmiotów politycznych w Sejmie, czyli PiS, SP i koalicjanta – PSL.

 

Przestaje dziwić, gdy przyjrzeć się bliżej opublikowanemu „sondażowi”.  Pod artykułem podano, że badania wykonano w „dniach 1 – 8 grudnia 2011”, tymczasem w zamieszczonym wcześniej wykresie graficznym podano, że wykonano je w dniach 1-3 sierpnia (bez podania roku). Teraz zasadnicze pytanie – to zwykła literówka, czy też materiał pisany naprędce, na kolanie, by przykryć niewygodny, wcześniejszy sondaż? I czy zaprezentowany wykres nie został wklejony z jakiegoś wcześniejszego sondażu? Przy czym doklejono do niego RP i SP.

 

Wszystko doskonale wpisuje się w deprecjonujące SLD działania mediów. Nie słyszałem w radiu, ani nigdzie nie czytałem, by od opublikowania tych sondaży, powoływano się na ten pierwszy, natomiast na ten drugi, a i owszem kilka razy. Czy obecna lewica jest aż tak groźna dla prawicy (również tej rządzącej), by zakłamywać sondaże? Tuskowi nie potrzebna opozycja w Sejmie, jemu potrzebny PiS, by mieć kim straszyć Polaków. A PiS nie próżnuje, bo 12 i 13 grudnia robi wszystko, by udowodnić nam, że jest się czego bać. Nic też dziwnego, że mainstreamowe media dwoją się i troją, by ośmieszyć „nowe rozdanie” we władzach SLD, a głównie L. Millera.

 

Drugi z przytoczonych sondaży sprawia wrażenie co najmniej manipulacji. Nie zdziwię się, jeśli moderatorzy poprawią to, co przeoczyli autorzy tego gniota.

 

A oto linki do obu sondaży.

 

 

http://wiadomosci.wp.pl/title,SLD-odbija-sie-od-dna-najnowszy-sondaz,wid,14057928,wiadomosc.html

 

http://wiadomosci.wp.pl/title,PO-dwa-razy-lepsze-od-PiS-zobacz-najnowszy-sondaz,wid,14069653,wiadomosc.html

 

 

 

 

 


Podziel się

komentarze (11) | dodaj komentarz

Po co jest Unia Europejska.

sobota, 10 grudnia 2011 13:44

Dziś rano, dzień po unijnym szczycie słuchałem w Tok FM cotygodniowego programu „Ranni politycy”. Niektórzy z nich okazali się nie tylko rannymi ptaszkami, ale też z ranioną psychiką.

 

Można było się domyślić, że dyskusję zdominuje tematyka związana z minionym szczytem w Brukseli. Jedno z ostatnich pytań prowadzącego dotyczyło stosunku (co za obrzydliwe słowo) partii do tego wydarzenia. Jak zwykle na wysokości zadania stanął  niezawodny przedstawiciel prawych i sprawiedliwych – poseł Richard Henry Tcharnecky, na rodzimym rynku politycznym znany pod ksywką Ryszard Czarnecki. Raczył był mianowicie podzielić się swymi głębokimi jak Rów Mariański przemyśleniami i dać odpowiedź na moje pytanie z tytułu niniejszej notki: „PiS jest partią propolską, a UE ma służyć Polsce”. Panie i Panowie, czapki z głów. Toż to kwintesencja mądrości Rysia Wędrowniczka.


 -----------


Rzutem na taśmę nie mogło zabraknąć pytania o ranking kandydatów na szefa SLD i ich szanse na to stanowisko na dzisiejszym  kongresie partii. Tu refleksem wykazała się była partyjna koleżanka Ryszarda Cz., posłanka Marzena Wróbel. Ta wielce urodziwa dama, przedstawicielka SP (partii ziobrystów, która jak na razie w sondażach ma poparcie na granicy błędu statystycznego), stwierdziła autorytatywnie, że SLD jest be i niedługo odejdzie w niebyt. Na razie jednak pani posłanka powinna raczej się martwić, by wraz z kolegami sami nie odeszli w niebyt. Bo na resztki zawiedzionego lewicą elektoratu nie ma co liczyć, gdyby nowy przewodniczący SLD musiał wyprowadzić sztandar. Nie ta bajka. A prezes Jarek (z jej bajki) też nie jest skłonny łatwo zrezygnować ze stanu swego posiadania.

 

-----------

 

Tu miało być o sondażach, ale plany uległy zmianie, bo odkryłem coś ciekawego, co zasługuje to na oddzielną notkę. Megamanipulacja?

 


Podziel się

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 20 lutego 2018

Licznik odwiedzin:  538 788  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

O moim bloogu

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tape...

więcej...

To, co tu piszę, to wyłącznie moje subiektywne myśli. W Puzzlach będę czsami zamieszczał lużne wspomnienia i tylko ja będę znał ich kolejność, stąd nazwa kategorii. Jako pierwszy temat na "na tapetę" wziąłem "Wielką włóczęgę", czyli początek największej przygody mego życia, która trwa do dziś. Przypadek(?) sprawił, że nawet tu kolejność poszczególnych wpisów nie pokrywa się z chronologią zdarzeń, co dodatkowo uzasadnia nazwę kategorii.

schowaj...

O mnie

To ja.

Statystyki

Odwiedziny: 538788
Wpisy
  • liczba: 130
  • komentarze: 809
Galerie
  • liczba zdjęć: 42
  • komentarze: 8
Punkty konkursowe: 254

Lubię to